steven

 

 

Wystarczy pooglądać facebooki, instagramy i inne miejsca w sieci. Świat zalewany jest nowymi blogami, akcjami i pomysłami. Och, ludzie są tak kreatywni, wspaniali, piękni i cudownie ubrani. Jedzą same zdrowe i ładne rzeczy, cieszą oko piękną przyrodą i pląsają w bajkowym świecie. A Ty? Ty sobie to przeglądasz, po czym odwracasz głowę od komputera i pozwalasz, aby zbombardowała Cię Twoja własna rzeczywistość. W domu burdel na kółkach. W głowie chaos, niepewność, strach i przerażenie. Kłócisz się z mamą bez przerwy, masz problem z dzieckiem i wciąż nie możesz wcisnąć się w spodnie sprzed 5 lat. A tak walczysz.

Wracasz do sieci i szlag Cię trafia! Znów ktoś idealnie przyozdobił kanapeczki – głupie, bzdurne kanapki! Ktoś inny wyjeżdża na wakacje, wygrzewa się na słońcu i pisze o tym, jak wspaniale jest żyć. Ty swojego życia nienawidzisz – praca Cię nudzi, dom Cię denerwuje, mąż irytuje z dnia na dzień coraz bardziej. Randki – to chyba jakiś żart.

Po takiej sesji terapeutyczno-wpierdalającej wpadasz w nieświadomą manię porównywań. Jestem przekonana, że nie wiesz, że porównujesz swój obiad do tego widzianego na instagramie u blogerki kulinarnej, włosy do włosomaniaczki a przeczytane harlequiny do stosiku ambitnych lektur kogoś, kto żyje z recenzowania książek. W Twojej głowie wciąż rozbrzmiewa brzęczyk sygnalizujący niedoskonałość, a także ten, który podkreśla, jak jesteś beznadziejna. Gdybyś była ładniejsza, szczuplejsza, mądrzejsza, bardziej przedsiębiorcza… Gdybyś już znalazła partnera, miała dziecko, dwoje, dziesięcioro… Gdybyś nie miała dzieci… Gdybyś miała 35 lat, 20 lat… Twoja własna historia wcale nie wydaje się tak piękna, jak byś chciała. Marzy Ci się zmiana sytuacji, życia, siebie. Wiesz, że gdyby cokolwiek wyglądało inaczej, sama mogłabyś zamieścić wszędzie swoje zdjęcia rzygające szczęściem i ekstazą. Ty jednak żyjesz w rzeczywistości.

 

Jest jednak jeden problem.

 

Każdy z nas – Ty, ja, ludzie, których obserwujemy w świecie wirtualnym i realnym – żyje w rzeczywistości. Każdy z nas ma swoją własną historię, utkaną z przerażających doświadczeń, trudności, toksycznych relacji i bardzo przykrych wspomnień. To, że nie znasz tych opowieści, nie znaczy, że one nie istnieją. Przeciwnie – są schowane przed Tobą dlatego, bo część z nas potrzebuje, aby sprawy bardzo osobiste były prywatne i zachowane dla węższego grona. Jesteśmy jak księżyce – część nas jest skryta w cieniu. 

 

Każdy z nas ma jakąś historię do opowiedzenia – niektórzy mają łatwość mówienia o niej, inni wolą zachować szczegóły dla siebie – z różnych powodów. Czasem historie te są bardzo bolesne i trudne do zrozumienia. Często wyciskają łzy i sprawiają niemal fizyczny ból. To, że ktoś nie ma ochoty o tym wspominać na facebookach, instagramach, blogach czy podczas przypadkowych spotkań nie jest złe. Jest to wielu osobom potrzebne.

 

Jeśli każdy ma jakąś historię, nie zapominaj o tym, że ma ją też psycholog, coach czy terapeuta. Mam swoją historię też ja – nawet jeśli wspominam o niej między wierszami. Nie lubię opowiadać nieznanym osobom o tym, jak modliłam się, aby wizja raka zniknęła tuż przed moim ślubem. Bo przecież nie mogę obarczać go sobą – z chorobą. Nieczęsto wspominam o tym, że badania są częścią mojego życia i o tym, jak boję się wyników. Nawet jeśli już jest wszystko dobrze. Trudno mi wywlekać tak po prostu temat mojej osobistej żałoby, piętna toksycznych relacji czy wspomnień strachu, że nigdy nie będę mieć dziecka. Nie znoszę narzekać i mówić o tym, że jest mi ciężko, trudno i mam ochotę zniknąć na chwilę. Boję się, że jeśli zacznę narzekać, smutny stan się pogłębi, a ja utonę w tych kłopotach, trudnościach i wątpliwościach. Zamiast tego wolę skupiać się na tym, co dobre.

 

Każdy ma swoją historię – jeśli masz ją Ty, wiedz, że mam ją ja i każda inna osoba, którą mijasz na ulicy. O większości z nich nie wiemy – znamy tak naprawdę tylko siebie. Przestań zatem porównywać swoich kulis do sceny kogoś innego. To marnowanie czasu.

 

 

 

 

 

 

***

P.S.1 Do napisania tego tekstu skłonił mnie mail, który otrzymałam wczoraj po południu od jednej z moich Czytelniczek. Przeczytałam, że moje (i nie tylko moje) teksty o pozytywnym nastawieniu, szukaniu blasków w codzienności i praca nad osobistym sukcesem to (cytuję) “Pieprzenie psychologów i coachów, którzy nie wiedzą nic o pracy i prawdziwym życiu”. Dowiedziałam się również, że mam szczęście, bo nie przeżyłam nic, co ściągnęłoby mnie na ziemię. Droga moja, mam nadzieję, że wkrótce coś wzniesie Cię do góry i pozwoli Ci na cieszenie się nawet drobiazgami!

P.S.2 To mój pierwszy raz z przekleństwem na blogu! Nie lubię tak pisać, ale nic nie mogłoby pasować tu lepiej.

Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn3Share on Google+2Pin on Pinterest8