Standardowa edukacja zapewni ci przeżycie. Samokształcenie – fortunę.

Znam mnóstwo osób, które bardzo sceptycznie podchodzą do pomysłu rozwijania się w jakikolwiek sposób. Czytanie książek – błagam, bez sensu. Uczenie się języków poza szkołą – komu to potrzebne?! Szukanie pasji, dowiadywanie się nowych rzeczy, próbowanie czegoś nowego, chodzenie na terapię, udział w szkoleniach, praca nad własnymi słabszymi stronami, walka z niedobrymi nawykami? Kompletna bzdura.

Samorozwój to strata czasu.

Z jednej strony rozumiem takie podejście – cały ten samorozwój i praca nad sobą to coś wymagającego. Trzeba sobie postawić cel. Trzeba spojrzeć na siebie krytycznie. Trzeba zastanowić się, nad tym, co ma wydarzyć się w przyszłości. Warto też powalczyć z lękiem, że znów coś nie wyjdzie (przecież dotąd nie wychodziło). Do tego trzeba dołożyć porażki od czasu do czasu, niespełnione marzenia, niezrealizowane plany. Jest frustracja, jest żal do siebie, może być też zazdrość i niechęć. Część z nas, zmagając się z przeróżnymi wyzwaniami, ociera się o depresję lub zderza się z nią czołowo. Nie jest łatwy ten cały samorozwój.

Kiedy jednak patrzę wstecz i przyglądam się temu, jak wyglądało moje życie kiedyś, a jak rysuje się moja przyszłość, widzę, że walka o siebie i systematyczna praca nad różnymi sferami życia to coś, co w wielu sytuacjach po prostu mnie uratowało. Chcę Wam dzisiaj opowiedzieć o tym, co regularna praca nad sobą mi dała – mam nadzieję, że jeśli w tym momencie życia wątpicie w sens rozwoju, przekonacie się, że naprawdę warto!

 2 rzeczy, które dała mi praca nad sobą

1. Dużą pewność siebie.

Tak było: choć pozornie mogło się wydawać, że gdzieś tam jestem pewna siebie, w środku niemal zawsze czułam się niepewna, niewystarczająca. Nie za ciekawa, nie za atrakcyjna, zwykła – ale w tym negatywnym sensie. Składanie reklamacji w sklepie zawsze było okupione wielkim stresem. Pamiętam chwile, kiedy podczas “stresującej” rozmowy załamywał mi się głos, nie miałam dobrych argumentów, pozwalałam sobie na wciśnięcie wszystkiego, co się da. Asertywność – w wąskim zakresie. Bez słowa przyjmowałam nieśmieszne żarty w grupie znajomych, przykre docinki ze strony mamy chłopaka. Wchodziłam w toksyczne relacje, a gdy te się kończyły, wpadałam w otchłań rozpaczy z przeświadczeniem, że lepiej być z kimś, kto krzywdzi niż liczyć na to, że kiedyś kogokolwiek sobie znajdę. 

Tak jest: Doskonale znam swoją wartość, talenty, umiejętności i wiedzę. Wiem też, co jest moją słabą stroną, do czego się nie nadaję i czym w ogóle nie powinnam się zajmować. O dziwo – kiedyś miałam potrzebę pokazania, że wszystko wiem, potrafię. Dzisiaj cieszę się z tego, że nie muszę być najlepsza we wszystkim. Podczas konfrontacji z partnerami biznesowymi, urzędami i innymi bardzo poważnymi osobami, czuję, że jestem z nimi na równi – nie poniżej. Nie stresuję się rozmowami, co więcej, mam w głowie pewność, że wszystko da się załatwić tak, aby nikt nie stracił. Dla mnie najważniejsze: nie czuję już tego nieprzyjemnego ucisku w gardle w chwili, gdy coś się nie układa. Bezkompromisowo kończę toksyczne relacje – choć nie palę za sobą mostów, nie pozwalam sobie na wkroczenie znów do tej samej rzeki. 

Duża pewność siebie (ale z dobrą dawką pokory) to coś, co najbardziej sobie cenię. Za mną długa droga – mam za sobą całe mnóstwo kompleksów, trudności emocjonalnych, relacji, które mnie niszczyły i burzyły tę maleńką samoocenę, która dopiero kiełkowała. Systematyczna praca nad sobą w różnych obszarach sprawiła, że stałam się odważniejsza, ale i zaczęłam wierzyć w zupełnie nowe rzeczy. To, co u mnie wpłynęło na pewność siebie to:

  • podejmowanie nowych wyzwań mimo strachu – uczenie się nowych rzeczy, realizowanie rodzinnych wyzwań, stawianie przed sobą wielkich planów np. na wyzwanie sportowe (i rozliczanie się z tego) – to dużo mi dało. Nawet jeśli upadałam raz za razem.
  • udział w szkoleniach o tej tematyce (koniecznie: wykonywanie wszystkich ćwiczeń!) – praca nad pewnością siebie to nie tylko odbębnianie szkoleń czy wystąpień, ale i angażowanie się w to, aby coś z nich wynieść. Za mną mnóstwo ćwiczeń – czasem tych bardzo trudnych.
  • wyznaczanie celów i dążenie do ich realizacji (to wzmacnia moje poczucie konsekwencji i kompetencji) – często jest tak, że plan się nie powiedzie – może sama organizacja była nie za dobra, coś stanęło na drodze, coś przeszkodziło, czas był nie ten. W porządku – kolejny raz będzie lepiej. I jest!
  • konfrontacja z tym, co mi w sobie nie pasuje – ciało, dusza, umysł. Określenie obszarów zmian i praca nad nimi. Nie bez powodu mam na zębach aparat ortodontyczny, ćwiczę niemal każdego dnia i odżywiam się zdrowo. Nie bez powodu popijam ten okropny czystek, uczę się języków, zapisuję na szkolenia i staram się relaksować tak regularnie jak to możliwe.
  • zmiana towarzystwa na budujące i wspierające – tworzenie trwałych i silnych przyjaźni wymaga czasu. Trzeba też znaleźć te osoby w swoim życiu. Zamiast godzić się na bylejakość w relacjach, postawiłam na to coś, co dzisiaj daje mi mnóstwo sił.
  • odcięcie się od toksycznych związków – zgoda tylko na wspierający związek. Pamiętam dobrze ten moment, w którym myślałam, że jeśli nie pozostanę w tym chorym związku, nigdy nikogo lepszego sobie nie znajdę. Zaryzykowałam i dziś nie żałuję!
  • przejęcie odpowiedzialności za ważne sfery – finanse, rozwój zawodowy, budowanie biznesu. To ważna kwestia, które dużo mi dała! Mimo strachu podjęłam wiele trudnych decyzji, postawiłam na uczenie się tego, jak dbać o finanse, w jakim zawodowym kierunku pójść, pracuję też nad własnym biznesem bez oglądania się na mamę, tatę czy męża.

2. Asertywność

Tak było: zgadzałam się na wszystko, nigdy nie potrafiłam odmówić. Z jednej strony było mi przykro, że komuś może być przykro, że ja odmówię. Z drugiej strony nie miałam pojęcia, jak powiedzieć “nie” – wprost? Czy się tłumaczyć? Co dać w zamian? Nawet jeśli miałam mnóstwo pracy, zobowiązań i własnych planów, przyjmowałam na siebie kolejne rzeczy – w rezultacie moje początkowe wizje nigdy nie były realizowane. Jeśli chciałam iść do teatru, a ktoś chciał iść do kina, szłam do kina. Jeśli ktoś potrzebował pożyczyć pieniędzy, wyciągałam ostatnie grosze z konta. Brałam udział we wszystkich akcjach charytatywnych, które ktoś organizował (podczas gdy moje ulubione akcje musiałam ze względów finansowych odrzucić), spędzałam mnóstwo czasu realizując całe projekty samodzielnie (mimo pracy grupowej)

Tak jest: wiem, co jest dla mnie ważne i staram się mocno angażować w projekty, które z tym się wiążą. Staram się realizować swoje zawodowe plany i w odniesieniu do tego podejmuję decyzję o działaniu na dodatkowych polach – nie odwrotnie. Mam swoje ulubione fundacje i to te najpierw wspieram – jeśli w danym momencie mogę pozwolić sobie na większy wkład gdzieś jeszcze, wtedy to robię – nie odwrotnie. Wychodzę z inicjatywą spotkań, rozmów, nawet tworzenia maleńkiej grupy rozwojowej, zapraszam do kawiarni, a nie czekam na zaproszenie. Jeśli chcę świętować, świętuję – nie czekam, aż ktoś wpadnie na ten pomysł. Nie mam poczucia winy, gdy komuś odmówię – czasem i ja mogę mieć gorszą chwilę.

O asertywności możemy mówić wtedy, gdy potrafimy odmówić czemuś, czego nie chcemy i jednocześnie dajemy innym ludziom prawo do takiej samej odmowy. W moim przypadku stan przed był związany z przekonaniem, że każdy człowiek na świecie może odmówić mi pomocy, wsparcia, współpracy z różnych powodów. Zawsze rozumiałam, że ktoś może być zajęty, zmęczony, spłukany – nie oczekiwałam niczego. Jednocześnie nie dawałam sobie takiego samego prawa. Uświadomienie sobie, że każdy z nas ma własne życie i może nim dysponować tak, jak mu się podoba, było dla mnie czymś przełomowym. Ok, trochę to trwało, jednak z czasem nauczyłam się, że nie ma miejsca na poczucie winy w chwili, gdy odmawiam czemuś, co mi nie odpowiada – z jakichkolwiek względów. Na moją asertywność wpłynęło z pewnością:

  • posiadanie dzieci – przy pierwszym dziecku zaczęłam dostrzegać, że mój czas i siły są ograniczone. Zauważyłam, że nie mogę poświęcać się wszystkiemu, co staje mi na drodze – muszę przecież zadbać o dzidziusia i męża.
  • angażowanie się we wszystko i kilka kopniaków w ramach tych projektów – zamiast chowania głowy w piasek, pozwalałam sobie na konfrontację z tym, co się wydarzyło. Ktoś nie docenił moich wysiłków lub przypisał sobie zasługi? Dlaczego? Jak to było dogadane? Co można zrobić zupełnie inaczej?
  • skupienie na własnych celach – nie tylko zapisywanie planów i chowanie listy do szuflady ma sens. Dodałam do tego regularne przeglądanie moich pomysłów, burze mózgów. Dzięki świadomości tego, co czego ja dążę, nauczyłam się odmawiać temu, co nie łączy się z moimi planami.
  • określenie moich sfer eksperckich i obszarów pomocy – zadbałam o to, aby czarno na białym pokazać samej sobie, co ma być moją specjalizacją. W czym chcę być najlepsza? W czym chcę być ekspertem? To ułatwiło mi odmawianie udziału w projektach, które nie wspierają mojego rozwoju. Obszary pomocy to te akcje charytatywne i wolontariackie, które są dla mnie ważne – bardzo istotna jest dla mnie Zuzia Macheta czy Dobra Fabryka, w której można kupić na przykład poród w Afryce. Chcę wspierać osoby zmagające się z rakiem, maluchy, które walczą o życie i młodych ludzi, którzy zaczynają dopiero swoją zawodową drogę. Taki jasny cel sprawia, że skuteczniej realizuję swoje charytatywne plany.

Rozwój jest czystym dobrem – warto jednak dać sobie czas na te cały proces. Wiem, że dobrze byłoby od razu znaleźć się w idealnym miejscu, z doskonałą wiedzą, pozycją zawodową, finansami, rodziną. Wszystko to jest jednak budowane w czasie. Najlepsze jednak w tej całej pracy jest to, że nawet maleńkie kroczki dają efekty. Jeśli dziś nie było długiego treningu a tylko kilka brzuszków i przysiadów – w porządku. Jeśli dzisiaj skusiłam się na kawałek czekolady, ale świadomie powiedziałam dość w odpowiednim momencie – super! Jeśli zaplanowałam farbkowy wieczór z dziećmi a tylko czytaliśmy przez dwie godziny – ok, może akurat tego potrzebowaliśmy.

To proces.

A jak z Waszymi efektami pracy nad sobą? Co Wam daje rozwój? A może… czego byście chcieli? Podzielcie się koniecznie w komentarzach.

Dziękuję Ci za przeczytanie tego artykułu - spędziłam mnóstwo czasu, tworząc go dla Ciebie. Tym bardziej będzie mi miło, jeśli pozostawisz po sobie znak! Bez informacji od Ciebie, ten blog nie jest kompletny. Bądźmy zatem w kontakcie!

  • Nie zapomnij o pozostawieniu komentarza - Twoje wnioski, przemyślenia i uwagi są dla mnie na wagę złota. Czytam je wszystkie i na ich podstawie tworzę kolejne artykuły.
  • Podziel się linkiem do tego artykułu - jeśli to, co napisałam jest dla Ciebie pomocne, interesujące lub poruszające, daj znać o nim znajomych i prześlij go dalej.
  • Dołącz do mnie na instagramie - to tam znajdziesz drobiazgi z mojego codziennego życia, moje własne wzloty i upadki w walce o harmonię, a także mnóstwo zdjęć przedstawiających to, jak staram się realizować swoje pasje, a nawet jak buduję dom na wsi.
  • Dołącz do mnie na facebooku - oprócz wszelkich aktualnych informacji, znajdziesz tam linki do ciekawych akcji, promocji książkowych, artykułów z innych stron i inspirujących filmików.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn10Share on Google+2Pin on Pinterest1