Cały ten styczeń i luty to był dla mnie mnie ważny czas. Z jednej strony oczywiście kompletny chaos i brak sił do działania. Trudno jednak. Są takie momenty w życiu, kiedy trzeba po prostu przyjąć do wiadomości, że nie ma ani energii, ani chęci, ani tym bardziej potrzeby dawania z siebie 100%. Takim momentem jest ciąża – to nie jest choroba, ale i to nie jest maraton. Nie trzeba walczyć z niechętnym do walki ciałem, nie trzeba się frustrować wydłużającą się listą rzeczy do zrobienia. Świat się nie zakończy dlatego, że nie pracujemy, nie działamy, nie dajemy rady. Sprowadzenie na ten świat człowieka to nie jest rzecz, która wydarza się przy okazji. To sprawa numer jeden i kropka.

Takim momentem w życiu, kiedy trzeba po prostu wziąć na klatę i przyjąć brak chęci do działań jest też choroba. Przeziębienie, które rozkłada na łopatki jest jakąś informacją. Może gdzieś tam zabrakło odpoczynku, uwagi, odpowiedniego posiłku? Od kilku lat sama patrzę na takie niezdrowe chwile w życiu jak na bardzo głośne sygnały: ZWOLNIJ! I przyznam Wam, że ja nienawidzę zwalniać. Kiedyś wydawało mi się, że nie potrafię. Mówiłam sobie, że dam radę i w tych najgorszych zdrowotnie chwilach udawałam, że nic się nie dzieje. Nie brałam wolnego dnia, nie zatapiałam się w kołdrze w południe. Wstawałam jak skowronek, gotowa do odśpiewania codziennej melodii, nawet zachrypniętym głosem.

Jest jedna rzecz, która pokazała mi kiedyś, że w ten sposób staję się swoim największym wrogiem i pozwalam, aby inni ludzie też nimi się stawali. Tym czymś był kopniak między oczy od osoby, dla której byłam gotowa, mimo choroby, wstać rano i odśpiewać swoją codzienną pieśń. To była lekcja życia. Gdybym jej nie otrzymała, nafaszerowałabym się lekami i pobiegłabym na drugi koniec Polski do pracy. Bo się zobowiązałam, bo ktoś czekał, bo ktoś mnie potrzebował. Tak naprawdę właśnie wtedy okazało się, że naprawdę nie chodziło o mnie. Chodziło o biznes.

Bolało.

Zostałam wtedy w domu, zżerana przez wyrzuty sumienia i wrażenie, że po raz pierwszy w życiu wybrałam siebie, a nie innych ludzi. Nie czułam się z tym dobrze. Przecież powinnam być na każde zawołanie. Powinnam zawsze odbierać telefony, czekać na sygnał, zadać pytanie, być zainteresowana. Powinnam zawsze mieć w ręku rozwiązanie i chęć do wdrożenia go w życie. Powinnam słuchać każdych zwierzeń, każdych pytań, każdych wątpliwości. Powinnam też  dawać z siebie 150% w razie, gdyby ktoś, kto ze mną współpracuje dał tylko 50%.

Rezultat?

Przegapione okazje. Wiele. Bardzo wiele – na mnóstwo nie miałam po prostu czasu, biegając od osoby do osoby, od problemu do rozwiązania. Te okazje to czasem fajna praca, czasem ciekawy projekt, czasem przyjaźń, które może by i powstała. Przeżycia, doświadczenia, nowe rzeczy do zrobienia, których przecież tak bardzo potrzebuję w życiu. Rezultatem były nieprzespane noce, koszmarnie ułożone priorytety i brak pewności siebie. Czy można być pewnym siebie, jeśli nigdy nie stawia się na własne potrzeby?

 

 

Dzisiaj myślę o rozwoju inaczej niż kiedyś. 10 lat temu to było stawanie się ekspertem w temacie. Bardzo chciałam być najlepsza i mocno przeżywałam te nie najlepsze chwile. Ekspert to ktoś, kto szuka rozwoju w jednej dziedzinie i żyje tylko nią. Och, ile razy ja zapominałam o tym, że świat nie kręci się wokół tego, co akurat teraz robię! Ile razy zapominałam, że i ja jestem też w innych galaktykach – muszę coś zjeść, muszę się wysypiać, odpoczywać, cieszyć życiem. Łatwo  jest skupiać się na tylko jednej rzeczy w życiu.

 

Dzisiaj rozwój to żonglowanie przeróżnymi, różnokolorowymi kawałkami swojego życia. Czasem w rękach jest praca, czasem dom, ogrodnictwo, nauka języków, organizacja życia na nowo, budowanie domu, planowanie najbliższych 5 lat, podróżowanie, solidna dawka ruchu lub przeżywanie rozstania. Czasem to przygotowywanie się do ważnych egzaminów, przeplatane z spotkaniami z przyjaciółmi lub osobami, które dopiero mają stać się ważne. Żonglowanie bywa błyskawiczne lub wypełnione spokojem. A przede wszystkim żonglowanie pozwala na trzymanie przy sobie wszystkich istotnych części życia:

  • Ciała
  • Duszy
  • Umysłu
  • Emocji
  • Relacji

 

Rozwój nie pozwala na zapominanie o którejkolwiek z tych części. Jeśli tak jest, to nie jest rozwój.

 

 

 

 


Myślę o kilku blogowych zmianach i coraz częściej mam w głowie pomysły na teksty, które dotyczą nie tylko psychologicznych rzeczy, ważnych tematów i pomysłów ciężkiego kalibru. To tylko jeden z kawałków, którymi chcę się z Wami dzielić. Jestem ciekawa, jak spodobają się Wam te zmiany.

Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn1Share on Google+0Pin on Pinterest1