Praca z domu – tak to wygląda najczęściej. Trochę z przypadku (nie sądziłam, że blogowanie i praca online będzie mi dawać taką możliwość), troszkę z wyboru. Pisanie książek, edukacja psychologiczna, kursy online, w których biorą udział ludzie z różnych zakątków Polski i świata. Blog. No właśnie. Blog i wszystko to, co się dzieje pod hasłem edytazajac.pl – grupa rozwojowa Najlepsza do, w której udział bierze ponad 1000 bardzo ambitnych dziewczyn, całe mnóstwo maili, które nadal czekają w kolejce i to, że mam wokół siebie najlepszych Czytelników, o jakich można marzyć. Jednocześnie bardziej standardowa praca – szkolenia, konsultacje psychologiczne, bardzo trudne rozmowy i poszukiwanie rozwiązań z ludźmi, którzy akurat mnie zaufali. Mam bardzo dobry moment w życiu i chyba muszę zacząć oficjalnie się nim cieszyć 🙂 Postanowiłam, że opowiem Wam dzisiaj  o tym, jak dokładnie wygląda mój typowy dzień – dostałam mnóstwo pytań o to po udostępnieniu na facebooku filmiku z akcji “Wybieram siebie”. Zapraszam Was zatem do mojego świata 🙃

Mój aktualny plan dnia

Bardzo lubię te dni, które są ułożone, wypełnione rytuałami i mają konkretną strukturę. Staram się bardzo dbać o regularność różnych rzeczy – od posiłków po dni tygodnia, podczas których zajmuję się konkretnymi rzeczami w domu i pracy. Jeśli ta regularność istnieje, mam wrażenie, że rzeczywiście dbam o te wszystkie rzeczy, które są dla mnie ważne. Mój standardowy dzień wygląda na przykład tak:

 

7:00 pobudka, czas dla dzieci i przygotowanie do dnia

Zwykle to dzieci nas budzą, jeszcze nigdy nie zdarzyło się tak, żeby to pies zachęcał nas do wstania z łóżka 😉 W środku nocy, kiedy tylko zaśniemy, Siena po ciuchutku skrada się do sypialni i wciska się pod kołdrę, a potem śpi nawet do 8:00. Zaczynamy dzień od śniadania (przygotowuje Mirek), ja zajmuję się ciuszkami, rzeczami, które trzeba zabrać do przedszkola i ogarnięciem naszej rzeczywistości. Kiedy dzieci jedzą, Mirek zawsze robi koktajl (niestety od dwóch lat złożony z tych samych składników, bo inne mu nie smakują – mleko kokosowe, awokado, banan – wciąż go namawiam do próbowania czegoś nowego!), a ja szybko zajmuję się sobą. Nasze poranki są bardzo leniwe i dlatego zwykle trwają wieki – teoretycznie moglibyśmy wyzbierać się na 8:00 do przedszkola, ale zawsze kończy się wszystko wyjściem tuż przed 9:00. Rano dzieci się bawią, my popijamy spokojnie kawę, Mirek wychodzi z psem, coś tam przegadamy, poplanujemy. Lubię właśnie takie spokojne rozpoczęcie dnia.

 

 

9:00 przygotowanie do pracy

Kiedy zamknę drzwi za całą moją trójką, zaczynam mój produktywny czas. Oczywiście nie zawsze chodzi o pracę. Najczęściej zajmuję się domem (każdy dzień tygodnia to inne zadania, dzisiaj zajmowałam się praniem i uporządkowałam błyskawicznie kilka rzeczy), pakuję Mirkowi obiad do pracy, podlewam zioła na balkonie, zajmuję się psem i innymi rzeczami, które chcę już mieć z głowy. O wiele lepiej mi się pracuje, jeśli wiem, że wokół mnie jest porządek. Jeśli mam ochotę na zupę, zaczynam jej gotowanie rano, czasem przygotowuję ciasto na nasze ulubione bułeczki drożdżowe, czasem po prostu zastanawiam się nad tym, czy powinnam coś kupić, gdy będę w sklepie.

 

 

10:00 praca

O tej godzinie zapominam o wszystkim, co nie łączy się z pracą. Zaczynam od najważniejszych zadań dnia (korzystam z asany, trello i kalendarza google) i działam tak, aby jeszcze przed południem uporać się z przynajmniej trzema, które dadzą mi najwięcej efektów. Głównie zajmuję się swoją pracą szkoleniową, e-kursami, blogiem i wszystkim tym, co wiąże się z “moją” psychologią. W poszczególne dni tygodnia działam w ramach Psychologii w Polsce i Magazynu Psychologicznego BANG!. Staram się, aby najbardziej kreatywna praca, taka, która wymaga wysiłku i nowych pomysłów (a także fajnie poskładanych słów), była przeze mnie wykonywana jeszcze rano. Wtedy najczęściej mam wenę, wiele rzeczy działa u mnie o wiele lepiej i też sama jestem z siebie zadowolona.

W trakcie tego dwugodzinnego bloku czasowego wychodzę o 11:00 wyprowadzić pieska do toalety 😉 i łapię jakąś przekąskę (najczęściej owoce).

W czasie pracy pamiętam o kilku rzeczach:

  • co godzinę staram się wstać i poruszać
  • od czasu do czasu zakładam pajączek na plecy, żeby się nie garbić 😉
  • zawsze mam przy sobie dzbanek wody z cytryną, owocami i jakimiś ziołami, na przykład z bazylią i miętą

 

 

12:00 obiad

W idealnej wersji zawsze mam gotowy obiad na drugi dzień – staram się gotować zawsze odrobinę więcej jedzenia na kolację po to, aby zaoszczędzić czas następnego dnia. Jeśli przesadzę, zamrażam posiłki, które czekają na swoją kolej. Najczęściej jednak gotuję akurat tyle, aby starczyło dla Mirka do pracy i dla mnie na obiad. Jeśli nic na mnie nie czeka w lodówce, przygotowuję dla siebie szybkie danie – makaron, sałatkę, czasem stos kanapek z milionem dodatków. Wtedy też obiad zjada Siena.

 

 

12:30 dalej praca

Obowiązków mam bardzo dużo – szczególnie teraz, kiedy spędzam mnóstwo czasu, przygotowując się do sierpnia i września. Przede wszystkim pracuję nad zmianami na blogu, troszkę go aktualnie porządkuję, piszę teksty na ten czas, kiedy sama będę skupiona na dzidziusiu numer 3. Oprócz takich rzeczy zajmuję się realizowaniem zleceń i współprac, tworzę kolejne lekcje e-kursów, odpisuję na maile, przygotowuję szkolenia lub sesje indywidualne. Raczej po południu umawiam się na konsultacje psychologiczne (od pewnego czasu już tylko przez Skype), rozwiązuję problemy, jakie aktualnie się pojawiają w ramach projektów, czasem też nagrywam podcasty, odpisuję na komentarze, mailuję z Czytelnikami lub po prostu odhaczam kolejne zadania z listy rzeczy do zrobienia. Celem numer jeden jest dla mnie to, aby ten czas, który mam (bez dzieci, bez Mirka, bez rozpraszaczy) był wykorzystany maksymalnie. Dlatego właśnie ograniczam do minimum przemieszczanie się z miejsca na miejsce (np. ustalam spotkania “na mieście” tak, aby wszystkie odbyły się jednego dnia w tygodniu, zamiast codziennych wyjść na godzinkę), a facebooka używam tylko do pracy nad grupami (np. Najlepsza do..). Jeśli chcę pogadać z kimś w sprawach, które nie wiążą się z pracą, robię to podczas spaceru z psem (wychodzimy zwykle o 14:00 na dłużej). Działam intensywnie do 15:30, ale też robię sobie przerwy. Zależy mi na tym, aby po dłuższym siedzeniu przy biurku, poruszać się, więc zdarza mi się, że w ramach relaksu umyję podłogę 😉 Ale cóż, akurat to bardzo lubię robić 😉

Jest jednak kilka rzeczy, których zwykle nie robię w czasie pracy:

  • nie zajmuję się sobą – nie robię maseczek, mycia głowy, ćwiczeń, innych tego typu rzeczy. A to kusi, bo przecież można “przy okazji” coś załatwić. Czas pracy jest dla pracy. Kiedy zdarzało mi się na przykład “wtrącać” takie rzeczy w dzień, o wiele trudniej było mi działać produktywnie później.
  • nie robię żadnych zakupów online, nie załatwiam spraw, które mogą być spokojnie zrobione wieczorem, nawet w ramach relaksu.

 

 

15:30 już tylko mama

Takiego rozdzielania obowiązków i ról musiałam się nauczyć. Pamiętam dobrze te czasy, kiedy w pracy zajmowałam się rolą mamy, a w czasie z dziećmi myślałam o pracy lub nawet coś starałam się porobić. Bardzo to było dla mnie męczące, bo niestety im bardziej sobie mieszałam te role, tym mniej to wszystko miało sens. Od dłuższego czasu trzymam się dobrze w postanowieniu, że od 15:30 już nie myślę o pracy. Wtedy najczęściej przestaję odbierać telefony (oddzwaniam następnego dnia), zamykam laptop i staram się po prostu cieszyć dziećmi, domem i pogodą, bez względu na to, jaka ona jest. Odbieram dzieci z przedszkola, czasem zabieram je do sklepu po brakujące rzeczy (dzieci uczą się zachowywać w takich miejscach, przebywając w nich 😉). Idziemy do parku pojeździć na rowerze, wspólnie gotujemy, przesiadujemy na balkonie, porządkujemy zabawki, lepimy z ciastoliny. Dzisiaj pewnie obejrzymy “My little pony” i zrobimy domową lemoniadę. Kiedy o tym piszę, mam wrażenie, że może to brzmieć jak najbardziej banalna opowieść o życiu rodzinnym, ale wiecie co? Chyba właśnie coś takiego daje mi największy spokój ducha. Jest prosto.

Po pewnym czasie Mirek wraca z pracy, robimy kolację, czasem wychodzimy na krótki spacer, czasem nie robimy nic konkretnego tylko staramy się odciąć od wszystkich tych obowiązków, spraw i zajęć. Mamy takie domowe postanowienie, że nie rozmawiamy o kłopotliwych sprawach, planach i innych poważnych rzeczach, dopóki dzieci nie pójdą spać. Czas rodzinny ma być taką chwilą na wspólne cieszenie się sobą, później znów wracamy do pracy. Jest to trudne, bo oczywiście mamy często tonę rzeczy do omówienia, czasem się zamartwiamy, coś się dzieje – ale im bardziej skupiamy się na dzieciach, tym lepiej sobie później wszystko porządkujemy.

 

 

20:00 dzieci śpią a rodzice?

Dobra, zwykle to 20:30, ostatnio maluchy walczą z nami nawet do 21:00. Jesteśmy w cudownym momencie w życiu, kiedy dzieci po wieczornej kąpieli same chcą iść do łóżeczek. Od kilku dni tylko podsłuchujemy jak Hana uczy Maksymiliana, jak się modlić, przypomina mu, że musi iść się wysiusiać i czyta mu książeczkę na dobranoc. My po prostu siedzimy w salonie 😮 A przecież niedawno odbywały się całe rytuały usypiania, często trwało to w nieskończoność, a my nie do końca wierzyliśmy, że kiedyś będzie właśnie tak jak teraz. Magia. Oczywiście za parę miesięcy się to skończy i zaczniemy całą historię od nowa 😉

Wieczór to dla nas bardzo często czas na robienie czegoś dla siebie – bardzo różnie wygląda to “dla siebie”. Pilnujemy regularnych randek w domu – oglądamy filmy, planujemy dom, rozmawiamy, jemy coś dobrego na koniec dnia. Często też zajmujemy się znów pracą, projektami i innymi sprawami, które są dla nas ważne. Mirek zaczął działać w ramach wynajmu naszego mieszkania przy ul. Piłsudskiego i to też zajmuje mu dużo czasu. Do tego sama budowa domu, którą ja nie zajmuję się tak, jak Mirek – wyobraźcie sobie te wszystkie rysunki, plany, artykuły, magazyny i strony, które trzeba przejrzeć.

Kiedy dzieci śpią, staram się działać – czytam książki, o których napiszę na blogu, odhaczam zaległe rzeczy z listy, po prostu pracuję. Kiedyś wieczory były dla mnie bardzo ważne – w większości przypadków realizowałam właśnie wtedy najwięcej rzeczy. Dzisiaj już troszkę czuję zmęczenie po całym dniu i staram się dopasować to, co robię to tego, jak się czuję. Czytam powieści, relaksuję się, robię zakupy online, maluję lub robię coś z listy przeżyć.

 

00:00 Sen lub chociaż koniec dnia

To jest najsłabszy punkt mojego dnia. Chciałabym bardzo chodzić wcześniej spać i w rezultacie wcześniej się budzić (np. o 6:00). W planie są zmiany, ale niestety nadal muszę walczyć sama ze sobą 😉 Zwykle o północy zamykam laptop, książkę, odkładam swoje rzeczy i zabieram się za moje wieczorne rytuały. Często muszę przypominać Mirkowi, że naprawdę jest już za późno (M. wciąż wierzy, że nie musi wcale spać 7 godzin). Zasada jest jedna, o północy kończymy dzień.

 

Plan nie zawsze działa

Plan, który opisałam Wam powyżej jest moim ulubionym standardem. Bardzo lubię, gdy dni wyglądają właśnie tak – mam wtedy i dużo więcej załatwionych rzeczy i poczucie, że naprawdę daję sobie radę w tych wszystkich rolach, które przed sobą postawiłam. Bez dobrej organizacji nie dałabym rady połączyć tak wielu obowiązków i nie zwariować przy okazji. Przy okazji tych wszystkich rzeczy do zrobienia jeszcze chce się rozwijać – może jakieś szkolenie, ćwiczenia, biznesowe spotkania.

Czasem jednak muszę zatrzymać tę karuzelę, wyskakuję z niej i zapominam o planie. Staram się wyczuwać takie momenty przeciążenia – robię sobie kąpiel (nawet w południe), czytam lekką książkę, przygotowuję sobie ulubioną herbatę z jaśminem, otwieram okno i słucham śpiewu ptaków. Czasem wystarcza mi 15 minut resetu, czasem to troszkę dłużej trwa. Takie ładowanie baterii nie musi być czymś skomplikowanym i wymyślnym – to raczej proste przyjemności, które pokazują mi, ze ja tez się liczę – nie mniej niż ta praca czy obowiązki. W tym momencie, gdy zaczęłam 28 tydzień ciąży, to ma jeszcze większe znaczenie. Wiem dobrze, co to znaczy przesadzać. Bardzo, bardzo dobrze wiem, co to znaczy wierzyć, że “ja wcale nie potrzebuję odpoczynku”. Jestem mistrzem świata w wymaganiu od siebie 200% wysiłku, a od innych 80%. Wiem, jak smakuje przekonanie, że trzeba zawsze być na posterunku, zawsze być w formie, zawsze mieć ochotę na rozmowę, zawsze działać. Ale czy takie podejście daje nam w ogóle jakiekolwiek szczęście w życiu?

Wybieram siebie

Jestem bardzo dumna z tego, że mogę wziąć udział w akcji, która idealnie wpisuje się w ten cały pomysł na równowagę w życiu. Miałam ostatnio przyjemność nagrać filmik, w którym opisuję mój dzień i zachęcam Was do wzięcia udziału w kampanii “Wybieram siebie”. Czy dbacie o harmonię w swoim życiu? W jaki sposób? Co Wam pomaga? Jak wyglądają te momenty, w których wybieracie siebie? Opowiedzcie nam swoją historię – wygrana w konkursie to aż 4 500 zł, które możecie wykorzystać podczas wypadu do luksusowego SPA w Łapszach Niżnych 🙂 Byłoby wspaniale, gdyby wygrała moja Czytelniczka! Zapraszam Was do obejrzenia mojego filmiku.

Wybieracie siebie? Jak to u Was wygląda? A jak chciałybyście, aby u Was to wyglądało?

 

Dziękuję Ci za przeczytanie tego artykułu - spędziłam mnóstwo czasu, tworząc go dla Ciebie. Tym bardziej będzie mi miło, jeśli pozostawisz po sobie znak! Bez informacji od Ciebie, ten blog nie jest kompletny. Bądźmy zatem w kontakcie!

  • Nie zapomnij o pozostawieniu komentarza - Twoje wnioski, przemyślenia i uwagi są dla mnie na wagę złota. Czytam je wszystkie i na ich podstawie tworzę kolejne artykuły.
  • Podziel się linkiem do tego artykułu - jeśli to, co napisałam jest dla Ciebie pomocne, interesujące lub poruszające, daj znać o nim znajomych i prześlij go dalej.
  • Dołącz do mnie na instagramie - to tam znajdziesz drobiazgi z mojego codziennego życia, moje własne wzloty i upadki w walce o harmonię, a także mnóstwo zdjęć przedstawiających to, jak staram się realizować swoje pasje, a nawet jak buduję dom na wsi.
  • Dołącz do mnie na facebooku - oprócz wszelkich aktualnych informacji, znajdziesz tam linki do ciekawych akcji, promocji książkowych, artykułów z innych stron i inspirujących filmików.
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn10Share on Google+0Pin on Pinterest0