Od czasu do czasu Czytelnicy mojego newslettera otrzymują ode mnie bardziej prywatny list związany z tym, na jakim etapie zmian w życiu jestem. Tematy są bardzo różne – staram się raczej nastawiać na spontaniczne pisanie niż na realizację jakiegoś planu. W tym tygodniu stwierdziłam, że to jest ten moment – w mojej głowie od dawna tkwiły myśli, które tylko czekały na uwolnienie. Zamiast relaksować się przy wieczornym czytaniu, zasiadłam do komputera i pozwoliłam swoim myślom płynąć. Reakcja Czytelników była nieprawdopodobna! Newsletter wyskoczył do nich tuż przed północą, a ja od samego świtu dostawałam maile od osób, które poczuły, że to jest troszkę ich własna historia. Część z nich napisała ze zdziwieniem, że jak to, ja narzekam? Narzekam. Wymagam od siebie zbyt wiele. Wciąż jest mi mało. Przesadzam. O tym właśnie był mój list. Wielu Czytelników zachęca mnie do udostępnienia tekstu na blogu – zapraszam Was zatem do przeczytania go tutaj. Może to będzie coś, co dotknie też Was?

 

Ten jeden moment

Zacznijmy niestandardowo jak dla mnie. Wiem, że to będzie coś, co mi bardzo pomoże i jestem bardzo ciekawa, czy i Wy pozwalacie sobie od czasu do czasu na taką akcję.
Narzekanie.
Narzekanie na cały świat. Szukanie dziury w całym a potem odnajdywanie jej. Podkreślanie WIELKICH dramatów swojego życia. Porównywanie się do innych – oczywiście na własną niekorzyść.

Narzekanie.
Trzymam się od tego z daleka. To jak uzależnienie od pysznej, rozpływającej się w ustach czekolady. Narzekanie koi, dodaje energii, łagodzi. Z czasem jednak, gdy negatywnych myśli jest więcej, narzekanie sprawia, że obrastamy w tłuszczyk złego nastawienia. Nie możemy przestać – zauważamy same minusy, kopiemy pod sobą dołki, dostrzegamy same gorsze aspekty swojego życia. Czasem zjadamy całą tabliczkę, czasem wystarczy nam maleńki kawałeczek.

Narzekanie na dzisiaj? Jestem jak tocząca się kuleczka, wstaję z łóżka w zgodzie z określonym systemem: najpierw przewracam się na prawy bok, podnoszę tułów i dopiero wtedy ruszam na podbój dnia. Kiedyś wyskakiwałam z łóżka bez specjalnych ceregieli. Dzisiaj poważnie zastanawiam się, czy opłaci mi się wstać po krem do rąk (jeżeli już się położyłam). Dodajmy do tego zgagę, niechęć do jedzenia, ciągłe myśli o kluskach na parze z masełkiem, nieskończone marzenia o Magnum Almond i to, że naprawdę już nie mam się w co ubrać.

Do tego przeziębienie, które mnie rozłożyło. Mój brat oczywiście stwierdził, że gdzieś musiałam przesadzić i zaniedbałam sama siebie. No właśnie nie! Dieta, ruch, odpowiednia ilość snu – wszystko grało, a ja i tak padłam. Oprócz choróbska dopadła mnie też totalna niemoc i brak sił na ruszenie palcem. Sytuacja nie jest taka fajna w chwili, gdy po domu biega 2 dzieci. Trzeba je nakarmić. Coś im przeczytać. Nie przestaję być mamą w czasie katarku.

Poza tym mój syn rozbił w żłobku głowę – jeździliśmy wczoraj na SOR, zastanawialiśmy się, czy będzie konieczne szycie (ja dostałam prawie zawału, gdy odebrałam telefon od Pani Paulinki). Mój mały chłopczyk pierwszy raz w szpitalu w takiej sprawie!

Do tego jeszcze tak cholerna pogoda, która opóźniła nam budowę domu o miesiąc. Nie taki był plan! Choć i tak mury rosną, mogłoby być o wiele lepiej. Dla nas każdy miesiąc to krok wstecz. Już pomijając dom – jest zimno, ponuro i beznadziejnie. Pada śnieg w maju, nie chodzimy na wiosenne spacery. Tak w ogóle to wyjechałabym gdzieś, ale oczywiście nie mogę.

Działa

I zobaczcie – ta metoda u mnie działa doskonale. Ustawiam sobie minutnik i przez określony sztywno czas staram się narzekać na wszystko, co się da. Czasem po prostu mówię, czasem piszę. Podkreślam w maksymalnym, hiper-przesadnym stopniu trudności mojego życia. Robię wszystko, aby znaleźć coś, co nie jest słodkim elementem życia, a pewnym wyzwaniem. I w końcu czuję, że zaczyna mnie to naprawdę męczyć. Narzekanie – choć może dodawać energii, gdy wkręcimy się w nie na długo, wysysa z nas życie.

Moje narzekanie dzisiejszego dnia to mój prywatny kopniak motywacyjny. Wystarczyło mi dzisiaj to, że spojrzałam w lustro i pozwoliłam sobie ponarzekać na to, co widzę. Nadal aparat, paznokcie do odświeżenia, stare dłonie, nogi czekające na odrobinę sportu, pierwsza zmarszczka na oku, sylwetka, umówmy się, nawet bez brzuszka ciążowego – niefitnessowa. Zaraz po tej oczyszczającej sesji spojrzałam na siebie raz jeszcze. Tym razem nie jak największy wróg, ale jak bardzo ciepły przyjaciel.

W brzuchu mam człowieka, który prawdopodobnie uszczęśliwi nie tylko nas. Coś da temu światu – choćby miał to być głośny śmiech, który trafia prosto w serce. Jestem okrągła jak kuleczka, ale nawet ładna ta kuleczka. Po tym, jak odpocznę po porodzie. zajmę się sobą i skupię na tworzeniu tej mojej “najlepszej do 30”. Nie zaniedbuję się teraz przecież tylko tworzę ludzi. Paznokcie robię w piątek. Aparat – ponoszę i przestanę. Stare dłonie to oznaka starej duszy, a pierwsza zmarszczka pojawiła się przez ten ciągły śmiech i moją bogatą mimikę twarzy. Bez nich nie byłabym sobą, czyli… bez tej zmarszczki też nie byłabym sobą.

Histeria

Czasem lubię sobie dać czas na intensywne narzekanie i wymyślanie sobie problemów. To jak sesja u psychologa, który lubi prowokować i męczyć. Staję sama przed sobą, histeryzuję i robię tragedię z mojego życia, a potem pukam się w głowę i uświadamiam sama sobie, że takie myślenie tak naprawdę urzeczywistnia to, czego w moim życiu nie chcę. Mocno wierzę to, że narzekanie tak właśnie działa. Im więcej negatywnych myśli, tym więcej negatywnych wydarzeń. Bóg, Wszechświat czy cokolwiek, w co wierzymy, zsyła nam to, o czym myślimy najczęściej. Narzekanie sprawia też, że przestajemy, krok po kroku, zauważać, że jest dobrze. Nagle jesteśmy mistrzami świata w czarnowidztwie i w ogóle nie widzimy tego, że szczęścia mamy w życiu bardzo dużo.

Porównujemy się – ktoś coś pokazuje na instagramie, ktoś coś dodaje na facebooku, koleżanka w pracy super wygląda, ktoś ma dzieci, a ja nie, ktoś ma męża a ja mam tylko chłopaka. To, co jest przestaje wystarczać.

A gdybyśmy porównywali się do ludzi, którzy naprawdę mają w życiu gorzej? Żyją w patologicznym domu, mają koszmarną, toksyczną relację, nie mają perspektyw zawodowych. Nie mają domu, nie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem, nie mogą zdobyć tego, co nam przychodzi bez najmniejszego wysiłku. Mniej zarabiają, dostają od życia same ciosy, walczą z depresją, nie mają prawdziwego przyjaciela, walczą o alimenty, każdą złotówkę oglądają z obu stron. Mają w nosie hygge i rozwój osobisty – rzeczywistość każe im zajmować się wszystkim tylko nie tym. Kogoś stracili lub właśnie tracą.

Czy wtedy te STRASZNE własne problemy brzmią jak problemy czy jak kompletna żenada?

Tak, właśnie dla takich odczuć lubię sobie ponarzekać, a potem pomyśleć o tym, jakie jest to żenujące. Wtedy właśnie zaczynam w końcu działać.

 

No właśnie – w chwili, gdy wychodzę z otchłani narzekania, otrzepuję się z kurzu niechęci do rzeczywistości i uświadamiam sobie, że żenujące jest szukanie dziury w całym, zapraszam Was serdecznie do udziału w kolejnej edycji e-kursu “Wyznaczanie granic w relacjach“. To jest właśnie to moje działanie – trzeba zrobić coś dobrego z tego maja!

🎓 startujemy 12 maja
🎓 pracujemy razem przez 10 tygodni – poprzez cotygodniowe lekcje oraz grupę wsparcia online
🎓 kurs jest całkowicie online – nie trzeba nigdzie jeździć, trzeba natomiast regularnie działać w ramach lekcji (wtedy, kiedy czas na to pozwala)
🎓 udział w całym projekcie kosztuje 200 zł
🎓 uczestnicy otrzymują certyfikat wydany przez firmę Psychologia w Polsce Sp. z o.o.
🎓 każdy z uczestników otrzymuje fakturę – zachęcamy do podania od razu danych swojej firmy
🎓 kolejna edycja: grudzień 2017

I jest to e-kurs, z którego jestem bardzo dumna. Zapraszam Was!

 

Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn1Share on Google+0Pin on Pinterest0