Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że taki tekst tutaj powstaje. Jestem o krok od rozpoczęcia grudniowej serii artykułów o relacjach na blogu, wprowadzam ostatnie szlify i nagle stwierdzam, że jeszcze napiszę o koreańskiej pielęgnacji. Kiedy na instagramie podzieliłam się moim małym podsumowaniem listopada, wspomniałam o mojej spektakularnej porażce z koreańską pielęgnacją. I okazało się szybko, że to nie tylko mój problem! Dostałam mnóstwo pytań o to, jak wygląda sytuacja, jak poprawiłam stan skóry i o to, czy odradzam wszystkim wokół stosowanie tych metod. Co powiecie na podsumowanie tego doświadczenia?

Mój typ cery

Teraz, po 1,5 miesiąca z pielęgnacją koreańską powiem Wam, że mam skórę trądzikową. Nie wygląda tak dobrze, jak bym chciała i ciągle leczę to, co się wydarzyło w minionych tygodniach.

Jeśli jednak odsunę od siebie ten eksperyment, określam swoją skórę jako normalną, ale ze skłonnością do nadwrażliwości. Jeśli nie dbam o nią tak jak trzeba, odpowiada na zimno, zbyt suche powietrze przesuszeniem. Jeśli nie oczyszczę jej tak jak trzeba, odpowiada niespodziankami na twarzy, brzydkim kolorytem i szarością. Jeśli zrobię zbyt mocny makijaż (czyli zastosuję coś więcej niż 1 warstwę – np. korektor), mam wysyp. Wyobraźcie sobie, jak reaguję, gdy podczas różnych okazji ktoś proponuje mi konturowanie twarzy!

Jeżeli natomiast przestrzegam kilku zasad, wygląda zdrowo, nie mam żadnych wyprysków i mam w miarę zamknięte pory. Moje zasady są takie:

  • codzienne mycie buzi rano żelem (dwa razy) + płyn micelarny
  • codzienne bardzo dokładne oczyszczanie wieczorem
  • krem nawilżający rano i wieczorem
  • w ramach makijażu stosuję 1 kosmetyk – zwykle jest to korektor MAC.
  • zmieniam poszewkę na poduszkę raz w tygodniu
  • nie dotykam twarzy brudnymi rękami
  • nie wyciskam wyprysków

Dlaczego zdecydowałam się na koreańską pielęgnację?

Kilka miesięcy temu dostałam na urodziny książkę Sekrety urody Koreanek Charlotte Cho. Lekka lektura, którą przeczytałam błyskawicznie i wyciągnęłam z niej mnóstwo wniosków. Bardzo spodobało mi się ogólne założenie autorki i zwrócenie uwagi na konkretne oczyszczanie skóry oraz na nawilżanie. Od kilku lat staram się właśnie w takim kierunku iść, ale muszę przyznać, że niektórych elementów koreańskiej pielęgnacji nie stosowałam.

Postanowiłam wypróbować tę metodę dlatego, bo zwykle w okresie jesienno-zimowym zmagam się z przesuszeniem skóry. Bez względu na to, jak się odżywiam, ile wody piję, zawsze mam z tym duży problem.

Jak wyglądały moje dwa miesiące z koreańską pielęgnacją?

Na początku byłam zachwycona. Pierwsze dwa dni były jak z bajki – mocno nawilżona, aksamitna skóra. Makijaż wyglądał doskonale. A jednak kolejnego dnia zaczęło się wszystko psuć. Z mojej całkiem normalnej cery zrobiło się coś, czego nie widziałam już ponad 10 lat. Najpierw pojawiła się jedna bardzo duża krostka, która nie chciała się wyleczyć. Z każdym kolejnym dniem było coraz gorzej. Oprócz bolesnych wyprysków, które pojawiały się codziennie w okolicy żuchwy, na policzkach, na brodzie, moja skóra zrobiła się szara, brzydka, zmęczona.

Czy kontynuowałam pielęgnację? Oczywiście! Podobno to lek na całe zło, a w internecie można poczytać o tym, że taka reakcja skóry jest normalna. W końcu stwierdziłam, że tak nie jest.

A może to dieta?

No właśnie 🙂 Moja dieta nie zmieniła się w czasie stosowania pielęgnacji koreańskiej dlatego jestem pewna, że to ona jest przyczyną moich problemów. Na ogół odżywiam się bardzo zdrowo – od czasu do czasu pozwalam sobie na odstępstwa od tej zasady. Ograniczyłam spożywany nabiał (duża różnica!) oraz staram się jeść jak najmniej glutenu. Zawsze zaczynam dzień od śniadania, piję bardzo dużo zielonej herbaty i wody.

Od razu też uprzedzam: hormony są w normie.

Czym ratowałam sytuację?

Zaczęłam krok po kroku analizować to, jak zachowuje się moja skóra w kontakcie z kosmetykami. Wyrzuciłam podkład Revlon, który w moim odczuciu potęgował efekt koreańskiej pielęgnacji – wróciłam do MACa. Nastąpiła poprawa od razu, ale wciąż pojawiały się krostki, bolesne wypryski i nadal skóra była bardziej szara niż zdrowa. Najpierw odstawiłam olejek myjący i już na tym etapie zauważyłam różnicę. Mam jednak świadomość, że zapchana olejami skóra potrzebuje trochę czasu na regenerację.

Krok kolejny – odstawienie emulsji.

Krok następny – powrót do mojego systemu, który wzbogaciłam kilkoma trikami koreańskimi.

Sytuacje problemowe zwykle ratuję w jeden sposób. Zawsze oczyszczam skórę bardzo dokładnie i stosuję naturalną glinkę czerwoną wymieszaną z wodą. Zawsze mam w domu jej zapas – bardzo, bardzo ważne jest to, aby to nie była maseczka z glinką, ale zwykła, czysta glinka w proszku. Nakładam papkę na skórę, szczególnie zwracając uwagę na miejsca z niedoskonałościami i pozostawiam na 15 minut. Jeśli w międzyczasie glinka wysycha, spryskuję twarz wodą termalną (najbardziej lubię Uriage). Po upływie tego czasu zmywam glinkę, wykonując jednocześnie delikatny masaż twarzy. Drobinki, które można wyczuć pod palcami działają dodatkowo, oczyszczając skórę w sposób mechaniczny. Po zmyciu glinki zawsze przecieram twarz kilkakrotnie wacikiem z płynem micelarnym – do momentu aż skóra będzie sucha. Ostatnim krokiem jest krem nawilżający. Staram się, aby zabieg z glinką był częścią wieczornego rytuału tak, aby skóra mogła odpocząć w ciągu nocy.

Po akcji z koreańską pielęgnacją stosowałam maseczkę co drugi dzień.

Mój rytuał pielęgnacyjny dziś

To, jak dbam o cerę dzisiaj, jest bardzo zbliżone do tego, co robiłam przed rozpoczęciem mojej przygody z koreańską pielęgnacją. Dodałam kilka maleńkich elementów, pamiętając o tym, że moja cera wygląda świetnie wtedy, gdy stosuję minimalizm kosmetyczny. Moje 7 kroków:

Demakijaż (codziennie wieczorem)

Lubię makijaż i dlatego staram się bardzo dokładnie, ale i delikatnie zmywać go każdego wieczoru. Nie ma takiej opcji, abym zasnęła z tuszem na rzęsach czy korektorem na buzi. Mój pierwszy krok w wieczornym rytuale użycie mleczka do zmycia makijażu oczu.

Oczyszczanie żelem myjącym (za każdym razem)

Bardzo dokładnie oczyszczam cerę – zgodnie z założeniami koreańskiej pielęgnacji. Stosuję jednak swój schemat, dostosowany do tego, jak reaguje moja skóra. Przy mojej cerze, która błyskawicznie się zapycha, olejek do zmywania skóry jest wykluczony. Próbowałam przeróżnych rzeczy, różnych kosmetyków i różnych metod – olej po prostu się nie sprawdza. Zamiast tego trzy razy myję buzię moim ukochanym żelem Effeclar K La Roche-Posay.

Oczyszczanie płynem micelarnym (za każdym razem)

To bardzo ważny krok! Podobnie jak w przypadku żelu do mycia twarzy, także na tym etapie co najmniej trzy razy przemywam dokładnie twarz płynem micelarnym. Zasada jest jedna: jeśli trzy razy nie wystarczą, bo płatek kosmetyczny nadal nie jest czysty, powtarzam ten etap aż do skutku. Najczęściej stosuję płyn micelarny Mixa do skóry wrażliwej lub suchej.

Peeling (dwa – trzy razy w tygodniu)

To mój ulubiony etap pielęgnacji i właśnie po peelingu czuję, że wszystko wraca do normy. Gdy na mojej twarzy są ranki po kolejnych niespodziankach, stosuję tylko peeling enzymatyczny (najbardziej lubię peeling do cery wrażliwej Sylveco). Gdy stan mojej skóry jest nieco lepszy, stosuję peelingi drobnoziarniste (kocham ten z Yves Rocher) i moją ukochaną pastę Ziaja. Pilnuję zawsze tego, aby zrobienie peelingu nie było zbyt szybkie, bo tak naprawdę nie daje to efektów, jakich bym oczekiwała. Dlatego staram się masować skórę przy peelingu drobnoziarnistym lub paście tak, aby dotrzeć do każdego zakamarka i za pomocą okrężnych ruchów oczyścić całą twarz.

Maseczka (dwa-trzy razy w tygodniu, po peelingu)

Maski są dla mnie najlepszym antidotum na problemy z cerą. Wspomniałam wcześniej o ratowaniu skóry maseczką z glinki. Efekty po każdym użyciu są tak wspaniałe, że… mam takie momenty, gdy stosuję tylko taką maseczkę przez miesiąc czy dwa. Po zapoznaniu się z koreańską pielęgnacją staram się jak najczęściej korzystać z maseczek w płachcie. Pokochałam maseczki Missha Pure Source.

Ważna rzecz: po zmyciu maseczki glinki zawsze przemywam twarz dodatkowo płynem micelarnym. 

Serum (za każdym razem)

To jest punkt obowiązkowy. Stosowanie serum daje piękne efekty i widzę to od kilku lat. Zwykle w czasie jesieni i zimy stosuję serum przeciwzmarszczkowe Auriga Flavo C, uwielbiam też cudownie pachnące serum Mokosh. Kosmetykiem, który zawsze jest w mojej łazience jest hiper-nawilżające serum Bioderma.

Krem nawilżający

Muszę przyznać, że moim pierwszym wyborem zawsze jest Bioderma – czy to w wersji nawilżającej czy też w wersji dla skóry wrażliwej. Zawsze na noc wybieram bogatszy skład (czyli np. ten krem nawilżający lub ten dla wrażliwych), a na dzień wersję light. Od czasu do czasu zmieniam kremy i sięgam np. po kremy Yves Rocher.

Co uwielbiam w koreańskiej pielęgnacji?

Mimo mojej porażki z koreańską pielęgnacją, jestem jej wielką fanką. Widzę w tym wszystkim wielki sens. Skupienie na odpowiednim oczyszczaniu skóry w delikatny sposób to coś bardzo ważnego. Skóra oblepiona zanieczyszczeniami nie może wyglądać dobrze. Nie przyjmie też żadnych składników odżywczych i magicznych składników najdroższych kosmetyków. Zawsze widzę, że gdy coś niedobrego dzieje się na mojej buzi, porządne oczyszczanie przywraca równowagę. Zawsze też zadaję sobie wtedy pytanie, czy przyczyną numer jeden nie było właśnie przymknięcie oka na któryś z etapów oczyszczania.

A nawilżanie i ochrona przeciwsłoneczna – to klucz do młodej, pięknej buzi. Tak, uwielbiam koreańską pielęgnację, ale też widzę, że trzeba bardzo uważnie ją stosować. Gdzieś przeczytałam, że wysyp po stosowaniu 10 kroków to naturalne oczyszczanie skóry po wielu latach zaniedbań i muszę przyznać, zaśmiałam się 🙂 W moim przypadku, gdy jedynym większym problemem było wysuszenie skóry, a nie problemy ze skórą, to była bzdura. Skóra reagowała wysypem dlatego, bo była zalepiona milionem produktów.

Dlatego zachęcam Was mocno do przyjrzenia się temu, co proponuje koreańska pielęgnacja. Warto przeczytać książkę po to, aby przeanalizować swoje pielęgnacyjne rytuały. Na co nie zwracam uwagi? Czego nie robię? Autorka robi też coś, co dla mnie stało się bardzo ważne: pokazuje, że dbanie o cerę to nie jest przykry obowiązek, ale codzienny relaks i luksus. Uwielbiam takie podejście.

Dalsze kroki

Jednym z moich ukochanych momentów podczas rytuału koreańskiego jest to wspaniałe uczucie nawilżenia skóry po zastosowaniu emulsji nawilżającej. Niestety po wypróbowaniu kilku kosmetyków zrezygnowałam z tego etapu ze względu na wysyp niedoskonałości. Mam zamiar poszperać i znaleźć taki kosmetyk, który nie zapycha porów – trzymajcie kciuki.

Krok numer dwa to oczywiście doprowadzenie skóry do tego, co było przed rozpoczęciem przygody z koreańską pielęgnacją. Mój aktualny rytuał sprawdza się bardzo dobrze, bo niemal od razu moja skóra przestała wysypywać kolejne niedoskonałości. To, na co chcę zwrócić uwagę to dodanie do diety awokado – czytałam świetny artykuł związany z tym, że jedno awokado dziennie bardzo dobrze wpływa na stan skóry.

 

 

Miałyście doświadczenia z koreańską pielęgnacją? Jak sprawdza się u Was?

 

Dziękuję Ci za przeczytanie tego artykułu - spędziłam mnóstwo czasu, tworząc go dla Ciebie. Tym bardziej będzie mi miło, jeśli pozostawisz po sobie znak! Bez informacji od Ciebie, ten blog nie jest kompletny. Bądźmy zatem w kontakcie!

  • Nie zapomnij o pozostawieniu komentarza - Twoje wnioski, przemyślenia i uwagi są dla mnie na wagę złota. Czytam je wszystkie i na ich podstawie tworzę kolejne artykuły.
  • Podziel się linkiem do tego artykułu - jeśli to, co napisałam jest dla Ciebie pomocne, interesujące lub poruszające, daj znać o nim znajomych i prześlij go dalej.
  • Dołącz do mnie na instagramie - to tam znajdziesz drobiazgi z mojego codziennego życia, moje własne wzloty i upadki w walce o harmonię, a także mnóstwo zdjęć przedstawiających to, jak staram się realizować swoje pasje, a nawet jak buduję dom na wsi.
  • Dołącz do mnie na facebooku - oprócz wszelkich aktualnych informacji, znajdziesz tam linki do ciekawych akcji, promocji książkowych, artykułów z innych stron i inspirujących filmików.
  • Zapisz się do newslettera - znajdziesz tam mnóstwo inspiracji, tekstów i pomysłów, których nie znajdziesz na blogu.