Najbardziej nieprawdopodobną częścią pracy psychologa są ludzkie historie. Dla mnie to niesamowite – mimo tego, że rozpoczynając przygodę z tym zawodem teoretycznie mogłabym się tego spodziewać. Zetknięcie się z tymi wszystkim przeżyciami, opowieściami i towarzyszenie w przebywaniu wielu ciężkich ścieżek, zmienia. Z jednej strony odbiera naiwność i przekonanie, że wszystko u innych jest idealne i lepsze niż u mnie. Buduje pokorę, bo pokazuje, że tak naprawdę każdy z nas ma jakieś demony i przykre wyzwania, którym musi sprostać. Z drugiej strony każda taka historia pokazuje, że można i warto próbować walczyć z tym, co nie jest łatwe. Walczyć – nie rezygnować.

Dzisiaj mam dla Was coś absolutnie wyjątkowego. Zamiast mojego tekstu, mam dla Was historię Ani, która postanowiła zmienić swoje życie i zawalczyć o szczęście. Pomimo wielu przeciwności, wątpliwości i całego wachlarza emocji, podjęła decyzję, która nie była przez wszystkich rozumiana. Zaczęła wybierać siebie, dbać o to, co dla niej najważniejsze. Postanowiła zakończyć to, co toksyczne. Mam wielką nadzieję, że jej opowieść będzie dla Was tak dużą inspiracją, jaką jest dla mnie. Aniu, bardzo Ci dziękuję za to, że dzielisz się z nami tym wszystkim.

 

Tak naprawdę, to nie wiem sama od czego zacząć… Mam ogromną potrzebę podzielenia się swoimi doświadczeniami, które bardzo dużo mnie kosztowały. Spisując moją historię, nie zamierzam nikogo krytykować ani oceniać. Swoich rodziców bardzo kocham – pragnę jedynie pokazać, że z pewnymi przeciwnościami możemy walczyć, że miłość do rodziców nie oznacza bezgranicznego posłuszeństwa, przytakiwania i spełniania oczekiwań nawet w dorosłym życiu. Moje doświadczenia są dla mnie cenną lekcją na przyszłość, jak nie postępować w stosunku do własnych dzieci…

Przez ostatni rok dużo się w moim życiu zmieniło – musiałam podjąć pewne kroki, żeby uwolnić się od niezdrowych relacji ze swoją mamą. Jednym z ważniejszych kroków było pójście na terapię, aby poradzić sobie z negatywnymi emocjami, smutkiem i niskim poczuciem wartości, które były efektem toksycznych relacji, jakie łączyły mnie z mamą przez długie lata. Miałam ogromne wsparcie męża i mojej przyjaciółki, jednak w pewnym momencie doszłam do wniosku, że muszę to fachowo przepracować, aby odzyskać radość życia. Czułam, że zaczynam się rozsypywać na kawałeczki. Nie chciałam, aby moje dzieci patrzyły na smutną mamę, chociaż chciałam to przed nimi ukryć. Chwilami było mi tak ciężko, że nie miałam siły wstać rano z łóżka. Dopiero tuż przed 40-tymi urodzinami postanowiłam coś z tym zrobić. Moja historia pokaże, że nie trzeba pochodzić z rodziny z problemami alkoholowymi, przemocą fizyczną, itp. żeby poczuć się tak jak ja. Czasami nawet miłość bywa toksyczna, zwłaszcza jeżeli odbiera nam przestrzeń życiową, burzy porządek i odbiera pewność siebie.

Podejmując decyzję o spisaniu mojej historii, byłam pewna, że będzie ona bez „happy endu”. Jednak pojawiły się pewne okoliczności, które nadały pewnym sprawom nowy bieg. Ale o tym na zakończenie…

Właśnie skończyłam 40 lat, chociaż wcale się nie czuję na ten wiek.

Jestem żoną i mamą trójki wspaniałych chłopców – 4, 6, i 10 lat. Jestem pedagogiem – uczę języków obcych w szkole podstawowej i bardzo kocham swoją pracę. Jestem bardzo szczęśliwą mężatką imamą, a mimo to, do niedawna nie potrafiłam się w pełni cieszyć swoim szczęściem. Moje problemy zaczęły się już w dzieciństwie, jednak dopiero teraz postanowiłam dać sobie szansę na życie bez poczucia winy i ciągłego zadowalania osoby, której oczekiwaniom niestety chyba nikt nie jest w stanie sprostać. Z zewnątrz, na pozór może się wszystkim wydawać, że moje relacje z mamą są idealne, jednak prawda wygląda(ła) troszkę inaczej. Mama miała trudne relacje również ze swoimi rodzicami. Nie opuściła ich jednak do samej śmierci, opiekowała się nimi w chorobie – chociaż te trudne relacje tego nie ułatwiały. Ze swoją siostrą nigdy się nie dogadywały, również z siostrzeńcami były nieporozumienia. Z taty rodziną też bywało różnie. Wiem z obserwacji, że nie zawsze wszyscy byli w porządku w stosunku do rodziców, ale trzeba czasami odpuścić, zapomnieć o żalu i uzmysłowić sobie, że nikt z nas nie jest idealny…

Wychowywałam się w domu jednorodzinnym, tzw. wielopokoleniowym. Całe dzieciństwo pamiętam kłótnie pomiędzy rodzicami i dziadkami. Byłam w to poniekąd wciągana, ponieważ rodzice jako jedynaczkę traktowali mnie „po partnersku” i mnie o wszystkim informowali. Byłam też permanentnie naocznym świadkiem tych nieporozumień. Teraz z perspektywy dorosłego człowieka i mamy trójki dzieci, zdaję sobie sprawę z tego, że nie powinnam być świadkiem tych kłótni. Rodzice przedstawiali mi zawsze swoje racje, a ja im zawsze bezkrytycznie wierzyłam, nie dopuszczając myśli, że nie do końca tak jest, że każda ze stron ma swoje racje, a prawda zazwyczaj leży gdzieś pośrodku.

Tak jak już wspomniałam, moi dziadkowie, siostra mamy oraz jej dzieci z pewnością nie byli zawsze w porządku w stosunku do moich rodziców, jednak po moich licznych doświadczeniach głównie z mamą , wiele zrozumiałam i nauczyłam się inaczej odbierać świat. Moja mama starała się być jak najlepszą mamą , jednak często kierowała się zbyt gwałtownymi emocjami, nie potrafiła słuchać, wyciągać wniosków i krytycznie spojrzeć na swoje poczynania. Nigdy nie potrafiła przyznać się do błędu ani przeprosić. Dzisiaj czasy się na szczęście zmieniły – era kiedy „dzieci i ryby głosu nie miały” minęła bezpowrotnie. Ja nie mam z tym problemu, żeby przeprosić własne dziecko, że np. zbytnio się uniosłam. Uczę swoje dzieci w ten sposób szacunku i pokazuję, że każdy ma prawo do emocji, nawet tych złych, ale nie wolno nikogo ranić ani poniżać. Kiedyś była to prawdopodobnie ujma na honorze rodziców przeprosić własne dziecko…

Myślę, że problemy mojej mamy wynikają z trudnych relacji z jej rodzicami – ma ogromne poczucie krzywdy, ponieważ dziadkowie zawsze faworyzowali jej siostrę, czuła się odrzucona. Ponadto ma zbyt wygórowane oczekiwania w stosunku do ludzi, a przede wszystkim bliskich. Mam zawsze nieodparte wrażenie, że mama układa sobie w głowie pewien scenariusz dotyczący jakiejś sytuacji, nadchodzącego wydarzenia i jeżeli nie „odgadnie” się jej oczekiwań oraz ich nie spełni – jest bardzo rozczarowana i potrafi bardzo dosadnie to wyrazić. Jest to osoba, która z jednej strony oferuje innym pomoc, jednak później oczekuje wdzięczności – takiej jaką sobie wymarzy. Patrząc na mamę, myślę, że jest pełna sprzeczności – potrafi bardzo kochać, nieść pomoc, poświęcać się i jednocześnie bardzo zranić, jeśli coś nie idzie po jej myśli.

Zawsze byłam z mamą mocno związana emocjonalnie.

Córka jedynaczka, zawsze wierna… Jako dziecko, nastolatka nigdy nawet nie dopuszczałam myśli, że może nie mieć racji, a ja mogłabym mieć własne zdanie i czasami się jej sprzeciwić. Tata zaczął wyjeżdżać za granicę gdy byłam jeszcze bardzo mała – miałam dwa latka. Potem mama pojechała do niego, zostawiła mnie na dwa tygodnie z dziadkami. Nie chciała jednak tam zostać, chociaż miała możliwość i wróciła do mnie, bo bardzo tęskniłyśmy obie. Dokładnie pamiętam jak skreślałam dni w kalendarzu. Za jakiś czas wspólnie z mamą pojechałyśmy do taty na stałe do Niemiec – mieszkaliśmy tam 5 lat. Wróciłam jako nastolatka, trochę zagubiona, nie mogłam za bardzo odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Będąc z rodzicami za granicą zyskałam język – niemiecki to dla mnie mowa ojczysta. W Niemczech też miałam dobre początki z językiem angielskim. Okazało się, że mam zdolności językowe. W Polsce skończyłam Lingwistykę Stosowaną. Wyjechałam na studia 350 km od rodzinnego domu. Nie dostałam się bliżej i… bardzo mnie to ucieszyło. Myślę, że podświadomie pragnęłam niezależności i oddechu. Cały czas byłam z mamą, tata wciąż w pracy poza Polską. Ja miałam wciąż poczucie obowiązku, że muszę towarzyszyć mamie na każdym kroku. Wspierać ją, bo miała problemy ze swoimi rodzicami, z siostrą, teściową , siostrami mojego taty. Wówczas wydawało mi się, że świat jest okropny, ludzie straszni, nawet rodzina przeciwko nam, że każdy ma jakieś złe intencje. Tak byłam wychowywana i tak odbierałam te wszystkie rodzinne niesnaski. Mama miała na moje emocje taki wpływ, że nawet wtedy, gdy posprzeczała się z tatą, a wiedziałam, że nie ma racji – nie ośmieliłabym się stanąć po jego stronie. Potwornie bałam się ją zranić, sprzeciwić jej. Wszelkim wyjazdom na wakacje (zawsze z rodzicami nawet w ogólniaku) towarzyszyły nieporozumienia z mamą. Rodzice też się sprzeczali, a ja wciąż robiłam „coś nie tak”. Dorastałam w poczuciu, że nie poradzę sobie z wieloma rzeczami. Rzeczywiście bywałam pechowa – tu coś rozlałam, tam potłukłam, do dzisiaj mi się to zdarza. Ale jak miałam być zaradna, skoro mnie w wielu rzeczach wyręczano, nie umiałam podejmować samodzielnie decyzji, mama mi wszystko narzucała: Powiedz to, zrób to, nie rób tamtego. Czasami mama układała mi całe zdania, co mam komuś odpowiedzieć.

A ja byłam potulna i posłuszna.

Nie miałam więc możliwości wyrobienia sobie poczucia własnej wartości oraz umiejętności podejmowania samodzielnych decyzji. Bardzo dokładnie pamiętam ostatnie wakacje z rodzicami – teoretycznie bardzo ciekawe, bo w Stanach Zjednoczonych, ale wspominam je jak zły sen. Byliśmy u anglojęzycznej kuzynki mamy, rok wcześniej oni odwiedzili nas z dziećmi w Polsce. Spędziliśmy tam trzy tygodnie. Na początku byliśmy u nich sami, bo wyjechali do innego stanu na ślub. Ja byłam dla rodziców tłumaczem, ale mama zawsze miała do mnie jakieś uwagi. Dochodziło między nami do poważnych spięć, ciągle płakałam, a tata nie potrafił mnie wesprzeć. Tylko mówił, że mamy się obie uspokoić. Jedynie ukradkiem mówił mi, że mnie rozumie, ale ja przecież wiem jaka jest mama. Ja nawet nie potrafię powiedzieć o co tak naprawdę chodziło – to jest właśnie ogromny problem w relacjach z moją mamą… Oprócz jej wygórowanych wymagań, zupełna nieprzewidywalność. Wyjazd zakończył się konfliktem z kuzynką mamy, ponieważ również ona nie spełniła mamy oczekiwań.

Amerykanie rzeczywiście mają inne pojęcie o gościnności, ale to ludzie wychowani w innej kulturze i innych realiach. Po prostu „Help yourself”. A nasza polska gościnność jest zupełnie inna – może trochę wynika to z naszych narodowych kompleksów, będących skutkiem poprzedniego ustroju? Jednak nie możemy oczekiwać, że każdy nam za wszystko się odwdzięczy z nawiązką. Do dzisiaj mnie potwornie stresuje właśnie ta nieprzewidywalność mamy – dzwonię i nie wiem jaki nastrój będzie… Jako dziecko i nastolatka ciągle pytałam: „Mamusiu gniewasz się na mnie? Coś nie tak zrobiłam?”. Teraz dopiero uświadamiam sobie jak okropnie się z tym czułam. Pamiętam jak rodzice mnie odwiedzali na studiach – zawsze były jakieś nieporozumienia. Starałam się jak najlepiej ich ugościć, ale zawsze był powód, żeby się obrazić. Pamiętam jak już wynajmowałam mieszkanie z moim chłopakiem – aktualnie już mężem. Pojechaliśmy do naszego kolegi, który robił pożegnalną imprezę dla przyjaciół, ponieważ wyjeżdżał na stałe do Anglii. Rodzice wtedy mnie odwiedzili na kilka dni, a ja zapytałam czy możemy się na trzy godzinki wyrwać na tę imprezę (to był naprawdę bliski przyjaciel mojego męża). Usłyszałam, że nie ma problemu, bo i tak chcieli skoczyć do sklepu. Zakupy zrobili, ja wróciłam na czas, jednak po moim powrocie usłyszałam, że upodliłam rodziców idąc na spotkanie.. I znów płacz, zdołowanie… Takich sytuacji było mnóstwo. A tata grzecznie przytakiwał, chociaż wiedziałam, że ma inne zdanie. Przez to wszystko latami wzrastało to moje niskie poczucie wartości, że jestem do niczego. Wprawdzie odnosiłam sukcesy w szkole, zdawałam egzaminy językowe, maturę zdałam najlepiej w szkole, wyjechałam w nagrodę po pierwszym roku studiów na stypendium zagraniczne, a rodzice mnie zapewniali, jacy są dumni, zupełnie brakowało mi pewności siebie.

Czułam się tak zagubiona jak mała dziewczynka.

W szkole podstawowej w Polsce, potem w Niemczech miewałam problemy z rówieśnikami. Zawsze żaliłam się mamie – a ona dawała mi swoje rady, co mam powiedzieć koleżankom i… było jeszcze gorzej. Musiałam też zawsze przestrzegać wytycznych – z tą się zadawaj, z tą nie. Moje koleżanki określane były różnymi epitetami, a ja się miotałam pomiędzy tym, co nakazywała mama, a tym, co dyktowało mi serce. Teraz z perspektywy dorosłego człowieka wiem, że to co robiła mama było bardzo złe. Niszczyło mi to radość dzieciństwa, beztroskę. Dzieci takie są – szczere do bólu, dziś się pokłócą, a następnego dnia uwielbiają. Najlepiej żeby rodzice nie wchodzili w te relacje – oczywiście w błahych kwestiach. Sama to obserwuję na co dzień w pracy – dzieci się zawsze porozumieją, czasami wystarczą dyplomatyczne pertraktacje wychowawcy pomiędzy zwaśnionymi stronami i gotowe. Setki razy to przerabiałam. Gorzej gdy zaczynają się wtrącać rodzice – wówczas zazwyczaj konflikt pomiędzy dzieciakami się pogłębia. Myślę, że gdyby moja mama tak się nie wtrącała, inaczej mną pokierowała, moje szkolne kontakty towarzyskie byłyby dużo lepsze. Gdy wyjechałam na studia mogłam swobodnie dobierać sobie towarzystwo i moje problemy z relacjami z ludźmi się skończyły. Oczywiście nie nastąpiło to od razu – to był długi i bolesny proces, musiałam się kilkakrotnie sparzyć, bo zbyt zaufałam, ale ostatecznie nauczyłam się funkcjonować w grupie i społeczeństwie i prawidłowo  odczytywać intencje innych ludzi, przecież nie każdy nam źle życzy. Pomimo odległości nie uderzyła mi „woda sodowa”, rodzice nie mieli ze mną żadnych problemów. Studia skończyłam, obroniłam się, a pracować zaczęłam już na czwartym roku. Tutaj też nie sprostałam oczekiwaniom – miałam zostać tłumaczem, a zostałam nauczycielem. Skończyłam studia z podwójną specjalizacją i mogłam szukać pracy jako tłumacz w jakiejś korporacji. Jednak nigdy nie dawało mi to tyle satysfakcji, co nauczanie. Po pewnym czasie zrozumiałam, że szkoła – praca z dziećmi i młodzieżą daje mi niesamowitą satysfakcję, radość i poczucie, że robię coś ważnego i jestem innym potrzebna.

Zwłaszcza jeżeli mamy pozytywny oddźwięk tego co robimy, możemy być pewni, że jesteśmy na właściwej drodze.

Moja praca na czwartym roku miała być tylko formą zarobku, na chwilę – a trwa już 17 lat i nie zamierzam tego zmieniać. Jednak latami słuchałam ile bym zarobiła w firmie, nie musiałabym siedzieć nad sprawdzianami po nocach (mój mąż pracuje w firmie i pracuje po nocach, męczyć się z rodzicami uczniów. Moja mama zawsze robiła to w dobrej wierze, żeby było mi łatwiej – tyle, że ja nigdy nie narzekałam.. A ciągle musiałam się tłumaczyć, udowadniać i zapewniać jaka ta moja praca jest fajna. Warto tutaj dodać, że moja mama nigdy nie pracowała zawodowo na etacie (miała jedynie po drodze własne działalności w postaci sklepów) i być może z tego powodu nie rozumie mnie. Poświęciła się mojemu wychowaniu, dużo chorowałam i to utrudniło jej pracę. Jestem wdzięczna, bo robiła to w trosce o mnie. Nie piszę o tym, aby umniejszać zasługi mojej mamy – tylko, że ona zawsze podkreśla ile dla mnie zrobiła, jak jej ciężko, ile poświęciła. Mam nieodparte wrażenie, że muszę coś „spłacić”. Ja również miałam i mam problemy z dziećmi, ponieważ bardzo chorują. Gdy urodził się pierwszy synek, próbowałam wrócić do pracy, jednak musiałam na dwa lata odpuścić ze względu na jego stan zdrowia. Młodsze dzieci też chorowały i musiałam się miotać pomiędzy byciem mamą i pracą zawodową. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której miałabym im cokolwiek wypominać lub oczekiwać jakiejś wdzięczności. Na tym polega bycie rodzicem. Nie należy oczekiwać od dzieci „spłacenia” tego, co dla nich zrobiliśmy. Miłość, szacunek i wsparcie jakie im damy w dzieciństwie, z pewnością zaprocentują w przyszłości dobrymi relacjami.

Wiem, że opieka nad chorymi, starszymi rodzicami również była dla mamy ogromnym wyzwaniem. Rozumiem, że było jej trudno, jednak nie mogę pojąć tej wzmożonej potrzeby współczucia i podziwu za wszystko, co robi. Lata kiedy mama opiekowała się dziadkami (najpierw odszedł dziadek, później babcia) były bardzo trudne – zwłaszcza dla mamy, bo była z tym sama. Ja 350 km od mamy, z trójką małych dzieci– nie mogłam ich zostawić, żeby pomóc. Tata pracował za granicą. Oferowałam swoją pomoc, gdyby rodzice chcieli wyjechać, że mogę wziąć babcię do siebie – jeżeli zniesie trudy podróży. Nagminne choroby chłopców, ich wiek oraz moje zobowiązania zawodowe, ograniczały mi możliwość czynnego zaangażowania się w pomoc mamie. Mogłam ją jedynie wysłuchać i wesprzeć przez telefon. I tak było latami – czułam się czasami jak taki worek na śmieci, do którego wrzuca się wszystkie swoje frustracje. Nieustanne telefony gdy mama  miała nieporozumienia z dziadkami, później problemy z opieką nad dziadkiem, babcią, a to znów, że z tatą żyją oddzielnie. Takie ciągłe narzekanie, niezadowolenie – ja się czasami czułam tak, jakbym była wszystkiemu winna.. Starałam się ją zawsze wysłuchać, ale te rozmowy trwały czasem po dwie godziny i mama nie patrzyła na to, że muszę się zająć dziećmi, domem, przygotować się do pracy. Nie chcę wyjść na osobę, która nie ma w sobie empatii – ja się bardzo tym wszystkim martwiłam, starałam się wspierać, jednak jakkolwiek bym nie zareagowała – nigdy nie spełniałam oczekiwań mamy. W tych wszystkich rozmowach brakowało miejsca dla mnie i na moje sprawy… Czasami czułam się tak, jakby się nasze role odwracały – jakbym ja była mamą a moja mama córką. Liczne telefony były też źródłem nieporozumień, bo mama nie rozumiała, że jestem w pracy i mam zajęcia i nie mogę sobie tak po prostu odbierać telefonów od niej. A zazwyczaj były to kwestie, które mogłyśmy omówić po południu. Jednak 16 (!) nieodebranych telefonów budzi w nas lęk, że coś się stało. A ostatecznie okazywało się ,że chodzi o błahostkę. Ja prowadzę inny tryb życia niż mama. Gdy ona była w moim wieku, ja już byłam na studiach. Ja muszę rano ogarnąć trójkę dzieci (jest to ogromne wyzwanie logistyczne), szkoła, przedszkole i zdążyć do pracy. Potem poodbierać – często jestem też późno w domu – a tu jeszcze lekcje do odrobienia, maluchom też trzeba poświęcić trochę czasu, domowe obowiązki no i zobowiązania zawodowe (ale to dopiero po godzinie 22-giej jak dzieci już śpią). Z trudem znajdujemy z mężem chwilę, żeby wieczorem zamienić kilka zdań. Dzisiejsze czasy są trudne dla rodziców, rodzin, ponieważ to one na nas wymuszają pewne rzeczy, ale trzeba w tym wszystkim znaleźć czas dla rodziny i siebie. Mój mąż zdaniem moich rodziców tylko siedzi przy komputerze – a on naprawdę bardzo ciężko pracuje, czasami ponad siły. Gdy odwiedzamy rodziców, mój mąż często musi skorzystać z Internetu i nie jest to związane z tym, że kogokolwiek nie szanuje czy lekceważy. Po prostu takie są dzisiejsze czasy i taką ma pracę. Większość ludzi dzisiaj rozpoczyna dzień od sprawdzenia skrzynki mailowej, dziennika elektronicznego jeżeli ma dzieci w wieku szkolnym, itd. A my się ciągle tłumaczyliśmy, jakbyśmy byli parą nastolatków, którzy muszą uzyskać aprobatę rodziców. Mój tata przyjeżdżając do domu nie zabiera swojej pracy, ponieważ ma firmę budowlaną i inny charakter pracy, więc nas nikt nie rozumie. Gdyby mój mąż siedział na portalach społecznościowych, grał w gry- rozumiem, że mogliby na to źle patrzeć. Ale w tej sytuacji?

Przełomowym momentem było też moje zamążpójście – 12 lat temu. Mój mąż był od początku krytykowany – nie tak siedzi, nie tak się odzywa, albo wcale się nie odzywa. Chyba nie był wymarzonym zięciem.. Moja teściowa, to też nie „klimaty mojej mamy”. Tu muszę dodać, że mam wspaniałą teściową, która bardzo mi dużo w życiu pomogła. Zawsze mogłam na nią liczyć (ona na mnie też). Traktuje mnie jak własną córkę, mieszkamy od trzech lat „przez ścianę” i nigdy nie miałyśmy żadnych nieporozumień. Myślę, że nasza relacja oparta jest przede wszystkim na szczerości, wzajemnym szacunku i nikt nie ma żadnych wygórowanych oczekiwań. Moja teściowa nigdy nie narzeka, a życie miała kiedyś bardzo trudne… Nigdy mi niczego nie wypomniała. Jest mi przykro, że mama tak źle ją postrzega – nigdy tego nie zrozumiem… Usłyszałam nawet kiedyś, że mam ”nową mamusię” – bardzo mnie to zabolało. Moja teściowa ma jeszcze córkę i nie ma problemów w relacjach z nią, jej partnerem czy teściami. Jeździ do nich regularnie (mieszkają też daleko), tam ma wnuczkę oprócz naszych łobuziaków, spędzają wspólnie święta. Gdy moja mama nas odwiedzała zawsze się staraliśmy, żeby ją miło, serdecznie przyjąć– jak każdego gościa. Ale zawsze okazywało się, że coś nie tak zrobiliśmy. Zarzucano nam brak wdzięczności gdy mama coś pomogła przy wnukach, a to mąż nie tak się odezwał. Taka wizyta to ciągły stres, nawet wówczas miedzy nami dochodziło do napięć. Podczas jednej z wizyt mój mąż został obrzucony licznymi epitetami przy naszym wówczas 4-letnim synu… Potem obrażanie się , że już nas nigdy nie odwiedzą, że to wszystko nasza wina.

Trwało to latami.

Moje rozmowy z mamą często kończyły się płaczem, zdołowaniem i bezsilnością. Próbowałam się porozumieć, bezskutecznie. Wciąż zadawałam sobie pytanie” Co ja robię nie tak?”. Ciągle nieporozumienia miały również miejsce podczas wizyt u rodziców – zawsze jeździłam tam z mężem i dziećmi na każde święta, dwa tygodnie wakacji. Chciałam, żeby dzieci miały kontakt z dziadkami. Jeździłam nawet, gdy były chore, chociaż pediatra sugerowała żeby się zastanowić nad tak długą podróżą. Ale z każdą wizytą było coraz gorzej. Ja nawet nie potrafię wytłumaczyć co było powodem takich sytuacji – to wszystko było tak absurdalne. Tata ze mną często potajemnie rozmawiał o tych wszystkich sytuacjach – że on wie jak to jest, bo mama też go tak traktuje, ale co on może zrobić? Ja również żaliłam się tacie, ale jak się potem okazało obróciło się to wszystko przeciwko mnie.. Mama ma bardzo silny charakter i nawet tatę owinęła sobie wokół palca, bał się sprzeciwić czy stanąć po mojej stronie. Jednak tata zawsze mi się zwierzał na temat mamy, a podczas spacerów z psem, w których często towarzyszył mu mój mąż cały czas wylewał z siebie żale na temat mamy.. Gdy mąż mnie zawoził z chłopcami na wakacje, już po dwóch dniach dzwoniłam potajemnie z płaczem, że chciałabym być w domu, bo bardzo źle się tam czuję. Gdy nie było mojego męża, mama pozwalała sobie na dużo więcej. Zawsze między wierszami „wbijała mi szpile”. Głównie były to opowieści o dzieciach jej znajomych – jacy byli pomocni i wspierający dla swoich rodziców. Strasznie bolało, bo starałam się być dobrą córką, jednak chyba nie wystarczająco dobrą… Byłam wówczas zła sama na siebie, że jestem dorosłą osobą – żoną i mamą trójki dzieci, a pozwalam się w taki sposób traktować. Czara goryczy przelała się podczas ostatnich wakacji. Zaczęły się bardzo smutno, ponieważ po ciężkiej operacji odeszła moja babcia… Po pogrzebie spędzaliśmy urlop w górach, codziennie stamtąd dzwoniłam do rodziców uprzedzając, że nie zawsze będę miała włączony telefon. Ostatniego wieczoru zapomniałam go włączyć, mąż też miał wyłączony ze względu na pracę i dopiero bardzo późno zorientowałam się, że rodzice dzwonili. Postanowiłam, że oddzwonię rano, jednak nie zwróciłam uwagi, że tych połączeń było kilka. Rano nie zdążyłam oddzwonić, ponieważ mój tata mnie ubiegł, a rozmowa była bardzo przykra – z  epitetami na mój temat oraz że jestem nieodpowiedzialna, ponieważ myśleli że nam się coś stało. Poza tym, tak na mnie krzyczał, że musiałam trzymać telefon z dala od ucha, a obok były moje dzieci w pokoju. Rozumiem troskę, ale nie zrozumiem braku szacunku do dorosłej osoby – ja nie jestem już małą dziewczynką. Na nic zdały się tłumaczenia – ciąg dalszy miała ta sytuacja gdy zajechaliśmy do rodziców. Tato mnie bardzo zaskoczył tym jak się do mnie odnosił – powiedział, „że się na mnie zawiódł, że mi tego nigdy nie daruje…” Ale czego? Tego, że nie odebrałam telefonu?Powtórzył to chyba ze sto razy. Do tego dołączyła się mama, wypominając mi, że jej nigdy nie wspieram, że nie może na mnie liczyć. Ja zawsze powtarzałam rodzicom, żeby się przenieśli bliżej nas, będzie wówczas łatwiej gdy rodzice będą wymagali opieki i pomocy, no i będą bliżej wnuków. Bardzo ich kocham i nigdy bym ich nie zostawiła bez pomocy. Jednak póki co, radzą sobie. A mama wciąż próbowała we mnie wywoływać jakieś bezsensowne poczucie winy – co jej się zresztą skutecznie udawało.

Ja moim rodzicom nie wybierałam drogi życia.

Tak zdecydowali, że będą mieszkać oddzielnie na dwa kraje. Mieliśmy w te pamiętne wakacje spędzić z rodzicami tydzień – a po trzech dniach wróciliśmy do domu – do tego doszło jeszcze zapalenie ucha mojego męża, które też było w bardzo przykry sposób komentowane. Na zakończenie miała jeszcze miejsce kolejna sprzeczka, podczas której ponownie padły ostre słowa w moją stroną – nadal nie mogę tego pojąć i zapomnieć… Po powrocie do domu zameldowałam się tylko, że zajechaliśmy i na resztę wakacji kontakt się urwał. Ja zawsze po takich sytuacjach dzwoniłam – pomimo przykrości które mnie spotykały. Ale tym razem nie potrafiłam, tyle miałam smutku i żalu w sobie. W międzyczasie rozmawiałam tylko z tatą, który oznajmił mi, że on cofa wszystko to, co mówił na temat mamy… i oni właśnie zaczynają nowe życie. Na tamtą chwilę chyba beze mnie, bo wcale się nami nie interesowali, nie dzwonili. Mnie nigdy nie zależało, aby między rodzicami dochodziło do nieporozumień, chociaż taki zarzut padł. Z tej prostej przyczyny, że tata nasze rozmowy przekazał dalej mamie, zmieniając nieco fakty i nie mówiąc tego, co sam mówił… Oczernił tylko mnie… Poczułam się jakby mnie sprzedała bliska osoba, ktoś komu bezgranicznie ufałam i zwierzałam się, gdy nie radziłam sobie już z problemami z mamą. Naprawdę liczyłam na jego wsparcie – a tu sytuacja z telefonemi za chwilę jeszcze taka wiadomość.. Nie potrafię opisać, co wtedy poczułam – przepłakałam całą noc i kompletnie się załamałam. Wpadłam w stan depresyjny. Takiej sytuacji spodziewałabym się bardziej po mamie – ale nigdy po tacie. Wówczas ostatecznie podjęłam decyzję, że muszę iść na terapię, aby nie pozwolić się dalej niszczyć, bo na to wszystko sobie zwyczajnie nie zasłużyłam.

Mama zadzwoniła – jakoś we wrześniu, aby zapytać o chłopców. Jak gdyby nigdy nic. Podczas kolejnej rozmowy powiedziałam jej szczerze ile mnie to wszystko kosztowało, zadając jednocześnie pytanie „Dlaczego”? Co im złego w życiu zrobiłam? Gdy powiedziałam o  terapii, usłyszałam, że widocznie jestem słaba, że dla mamy to „policzek”. Mama sugerowała nawet, że pewnie z powodu męża poszłam na terapię – nie mogłam w to uwierzyć, że jest tak bezkrytyczna w stosunku do siebie i taty. Mój mąż akurat był dla mnie ogromnym wsparciem i gdyby nie on, pewnie wpadłabym w głęboką depresję. Uważam, że to wielka siła i odwaga zwrócić się o pomoc do fachowca.

Moi rodzice nie zaakceptowali tego do dziś, chociaż… nieoczekiwanie nastąpił przełom. Jednak za nim do tego doszło miałam za sobą liczne miesiące trudnych rozmów, przykrości, które musiałam wysłuchiwać. Mama grała nadal na emocjach, jednak cześć „guziczków”, które kiedyś działały – przestały działać.. Powoli stawałam na nogi chodząc na terapię – swoją drogą trafiłam na fantastyczną panią psycholog. Były wzloty i upadki, ale przede wszystkim ogromne wsparcie męża, za co mu jestem niesamowicie wdzięczna. Jak również za to, że latami znosił te wszystkie sytuacje, a w tle naszego małżeństwa ciągle była jego teściowa.

Jest to dla mnie dowód na to, że łączy nas prawdziwa miłość i prawdziwe uczucie, które nie zostały zachwiane prze żadne przeciwności losu. Przełom o którym wcześniej wspomniałam, nie nastąpił szybko. Nie pojechaliśmy na Święta Bożego Narodzenia do moich rodziców, pierwszy raz odkąd urodziły się dzieci. To nie był mój odwet, nie chciałam nikogo ranić. Nie miałam również na celu odseparowywać moich rodziców od ich wnuków, chociaż cały czas mi to zarzucano – że mam „asa w rękawie” i gram dziećmi. Dlatego strasznie bolały te zarzuty, bo nigdy bym tak nie postąpiła, ani nawet pomyślała. Starałam się zapewnić stały kontakt dzieciom z dziadkami – dzwoniły, pisały listy, maile, wysyłały laurki. Wiem, że to nie to samo, co żywy kontakt, ale na tamtą chwilę nie było innej możliwości. Nie miałam na tyle zaufania do mamy, aby pozwolić najstarszemu synowi na wyjazd do babci na ferie. Obawialiśmy się manipulacji – ja doskonale znałam to uczucie grania na emocjach. Nie chciałam, aby mojego syna spotkało to samo, a to bardzo wrażliwy chłopiec. Powiedziałam mamie szczerze dlaczego się nie zgadzamy, że musimy się w końcu jakoś porozumieć, że powinni wreszcie wykonać jakiś krok w moją stronę. W trakcie konfliktu musiałam wykazać się ogromną dyplomacją, aby starszym dzieciom wytłumaczyć dlaczego nie widujemy się z dziadkami, nie oczerniając ich i nie stawiając w oczach wnuków w złym świetle. Zawsze im powtarzałam, że babcia z dziadkiem bardzo ich kochają, bez względu na to jakie relacje są pomiędzy dorosłymi. Zapewniałam również, że będę się starała porozumieć z moimi rodzicami, jednak nie wszystko zależy ode mnie. Zimą po prostu nie byłam jeszcze gotowa na spotkanie.

Widziałam, że moi rodzice niczego nie przyjmują do wiadomości i nie dopuszczają do siebie myśli, że ONI mogli coś zrobić nie tak. Totalny brak refleksji – żyli przez cały ten czas w poczuciu krzywdy, że to moja, nasza wina. Moi rodzice z pewnością mnie kochają – jestem im wdzięczna za wszystko, co dla mnie w życiu zrobili, ale nie potrafię zrozumieć ich zachowania oraz spełnić ich niesprecyzowanych oczekiwań. Prawie każde spotkanie było okazją do stwarzania wyimaginowanych problemów, niedopowiedzianych myśli, niezadowolenia, uszczypliwych komentarzy. Oczywiście były wspaniałe momenty, potrafiliśmy się śmiać z tych samych rzeczy – mamy wszyscy dość podobne poczuci humoru. Jednak ferie, wakacje, święta kończyły się tak samo… Potem znów jechałam kolejny raz z nadzieją, że tym razem będzie lepiej, ale nigdy nie było. Z każdym rokiem coraz gorzej… Jak to możliwe, że kochająca matka tak rani swoje dorosłe dziecko? Kiedyś podczas jednej z kłótni mama powiedziała, a raczej wykrzyczała mi, że boi się mnie stracić… Tylko nie przyjmowała do wiadomości, że to jej zachowanie, zaborczość powoduje, że coraz bardziej się od niej oddalam. Przez te wszystkie lata nazbierało się we mnie tyle żalu, smutku i rozczarowania, wylałam tyle łez, że nie potrafiłam się przytulić do mamy. Walczyłam z tym uczuciem, próbowałam jej uzmysłowić jak bardzo mi źle z tym wszystkim. Utworzył się między nami niewidzialny mur, który zdawał się być nie do pokonania…

Jednak wreszcie nastąpił długo oczekiwany przełom.

Zbliżały się święta Wielkanocne, a ja byłam już na takim etapie swojej terapii, że uznałam ten moment za właściwy na spotkanie z rodzicami. Negatywne emocje między nami ucichły – dzwoniłyśmy do siebie co kila dni, nie kilka razy na dzień jak do tej pory, a rozmowy były bardzo przyjazne. Wydawało mi się, że wszystko jest na dobrej drodze, aby się wreszcie porozumieć. Po wspólnych ustaleniach z moim mężem, zaprosiłam rodziców do nas na Święta. Uznaliśmy, że będzie to neutralny grunt na spotkanie, ponieważ miałam ogromną traumę po wakacyjnym pobycie w rodzinnym domu. To miał być ten pierwszy krok. Jednak reakcja mojej mamy odebrała mi jakąkolwiek nadzieję na poprawę naszych relacji . Padło wówczas w stosunku do mnie znów mnóstwo gorzkich i przykrych słów, bezpodstawnych zarzutów, które niesamowicie bolały. Przez chwilę poczułam się jak na początku terapii – mała, skulona i zrozpaczona. Znów odbiłam się od ściany. Mama powiedziała, że nie przyjadą… Jednak po kilku dniach wydarzyło się coś, co mnie niesamowicie zaskoczyło. Mama zadzwoniła i zapytała, czy możemy porozmawiać. Mówiła spokojnym, bezpretensjonalnym tonem (co było przez ostatnie ponad pół roku rzadkością) i powiedziała, że… mnie przeprasza. Powiedziała, że mają tylko mnie i nie ma sensu tak się miotać. Powiedziała także, że jest świadoma tego jaki ma charakter, że działa pod wpływem emocji i czasami mówi przykre rzeczy, ale bardzo mnie kocha.. i chciałaby żebyśmy z mężem i chłopcami przyjechali na Święta. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam.

Rozmawiałyśmy chyba półtorej godziny, mama wysłuchała tego, co czuję i ile przeszłam w związku z tą całą sytuacją. Powiedziała, żebym jej zawsze od razu mówiła, jeśli uznam, że jej słowa mnie ranią. Ja zawsze mówiłam, tylko ona do tej pory nie słuchała… Jadąc na te Święta byliśmy z mężem pełni obaw i niepokoju. Stwierdziliśmy jednak, że damy sobie szansę. Bardzo cieszyłam się, że chłopcy zobaczą się dziadkami po tak długim czasie. Podziwiam mojego męża za jego postawę, ponieważ również jego spotkała całą masa przykrości ze strony moich rodziców i wszystko przeżywał razem ze mną. Sytuacja ta wywarła duże piętno na naszym życiu. Wizyta u rodziców przebiegła bardzo miło, rodzice ciepło i życzliwie nas przyjęli – nie widziałam się z nimi od wakacji… Bardzo mi ich brakowało.

Pomimo tych wszystkich przykrych słów, negatywnych emocji, nigdy nie przestałam ich kochać, nigdy bym ich nie zostawiło bez pomocy. Mam świadomość tego, rodzice są już w takim wieku, w którym się ludzie już nie zmieniają. Jednak zawsze można dołożyć wszelkich starań, aby lepiej zadbać o relacje z bliskimi. Ja zrobię wszystko, aby tak było. Staram się obecnie pozytywnie patrzeć w przyszłość.

Od czasu Świat wszystko jest w porządku – wierzę w szczere intencje moich rodziców. Relacje bardzo się poprawiły, jest w nich mnóstwo ciepła i życzliwości. A przede wszystkim czuję większy szacunek do siebie i bardzo mnie to cieszy. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się takiego przełomu.

 

Podejmując decyzję o spisaniu mojej historii, zakładałam, że będzie to historia bez happy endu.. Stało się jednak inaczej. Przełom w relacjach z rodzicami jest być może “nowym początkiem”, a udostępnienie tego, co spisałam chcę potraktować jako zakończenie, uwieńczenie ogromnego wysiłku jaki włożyłam w swoją terapię i pracę nad sobą. Wszystkie te wydarzenia zbiegły się jednocześnie z moimi 40-tymi urodzinami i mogę śmiało powiedzieć, że zaczęłam nowy rozdział w życiu. Mam nadzieję, że również w moich rodzicach zaszła pewna przemiana i zrozumieli, że nie warto tak postępować. To, co spisałam, to praktycznie całe moje życie, a relacje z rodzicami odegrały w nim bardzo dużą rolę. Przekonałam się również, że podjęcie terapii było słuszną decyzją, to nie żaden wstyd ani słabość – pozbyłam się poczucia winy i wciąż nabieram większej pewności siebie. Obiecałam sobie również, że nie będę tłumić w sobie emocji i zawsze szczerze mówić rodzicom o tym, co czuję. Mam nadzieję, że już nigdy nie będzie gorzej, tylko lepiej. Te wszystkie przykre doświadczenia skłoniły mnie do samorozwoju oraz ogromnej pracy nad sobą, aby ostatecznie być „lepszą wersją siebie”. Mogę dumnie powiedzieć, że jestem silną kobietą. Terapia ponadto rozwinęła moje zainteresowania w dziedzinie psychologii – co bywa bardzo pomocne w relacjach międzyludzkich, pracy zawodowej – po prostu w życiu.

Kończę swoją historię jeszcze jedną ważną refleksją – nigdy nie należy się w życiu poddawać. Bez względu na wszystko trzeba w siebie wierzyć i zawsze o siebie walczyć.


Chcesz podzielić się swoją historią zmiany czy walki z wyzwaniami? Będzie mi bardzo miło, jeśli prześlesz mi ją na adres historie@edytazajac.pl – z wielką przyjemnością pokażę ją moim Czytelnikom. Razem zainspirujmy innych do działania!