Ten moment w życiu, gdy wszystko jest teoretycznie w najlepszym porządku, a jednak… nie jest. Ta chwila, gdy teoretycznie wszystko się układa, a jednak pojawia się najwięcej wątpliwości. Ten czas, gdy zadajesz sobie pytania związane z sensem swoich działań. Ten dzień, gdy zaczynasz wątpić w niemal każdy kawałeczek Twojej własnej historii.

Niepokój. Lęk. Obawa, że może tak naprawdę marnujesz swoje życie, pozwalasz, aby kolejne dobre okazje przemknęły Ci przed oczami. Znaki zapytania. Czarne scenariusze. A może też strach, że pewnego dnia wszyscy się dowiedzą, że wcale nie jesteś tak wspaniały, jak wyglądasz? Lub gorzej – obawa, że pewnego dnia to Ty stwierdzisz, że ani nie masz wiedzy, ani talentu ani umiejętności? Kiedyś to wszystko się wyda.

Wspólny mianownik

Jest taka jedna rzecz, która moim zdaniem łączy wszystkich ludzi na świecie. O ile się nie mylę, od czasu do czasu każdy z nas staje w obliczu wątpliwości i podważa sens własnych działań. Ma wrażenie, że stoi w miejscu lub się cofa. Obawia się, że marnuje życie lub inwestuje czas i energię nie tam, gdzie trzeba. Boi się, że traci z oczu to, co najważniejsze i skupia się na rzeczach, które za kilka lub kilkadziesiąt lat nie będą mieć znaczenia. Taka chwila to coś w rodzaju kryzysu egzystencjalnego, podczas którego nagle przestajemy wierzyć w siebie i tracimy resztki nadziei. Moment, który może załamać i podciąć skrzydła lub stać się chwilą przełomową, która sprowadza na właściwe tory.

Tak, to jest coś, co nas łączy. Dla mnie każdy taki kryzys wiąże się z masą negatywnych emocji. Nie znoszę wątpić w siebie. Nie lubię poddawać wątpliwościom mojej pracy, mojego pisania bloga, nagrywania podcastów czy działania w internecie. Nie znoszę szukać na siłę dowodów na to, że nikt mnie nie chce słuchać, czytać czy oglądać. Nienawidzę myśleć, że tracę czas, że to nie ma sensu. Nie cierpię przymykać oko na dowody na to, że jest inaczej – a w takim kryzysie właśnie tak robię. Nie zauważam plusów, nie słyszę pochwał i podziękowań, nie widzę, że moje decyzje, działania i codzienny wysiłek przynoszą zmianę. Zamiast tego pytam samą siebie: Komu jest to potrzebne?

I choć te wszystkie gorsze momenty są dla mnie ciemnymi plamami wspomnień, widzę w nich też pozytywy. Każda taka chwila była dla mnie kopniakiem motywacyjnym. Każda przyniosła mi weryfikację działań. Każda sprawiała, że ruszałam z kopyta, nie zważając na to, czy wątpliwości podążają za mną czy też nie.

W przypadku takich momentów zawsze stosowałam tzw. Morning pages, czyli poranne strony. 

Morning pages, czyli poranne strony

Morning pages to narzędzie wymyślone przez Julię Cameron wiele lat temu. Podczas pracy nad swoją kreatywnością i rozwojem artystycznym, Julia stosowała najprostsze na świecie narzędzie. Notes, długopis, chwila dla siebie każdego poranka. Tworzenie Porannych stron polega na notowaniu strumienia myśli, który uruchamia się w naszym umyśle każdego dnia. Dziś Poranne strony mogą dotyczyć emocji, trudnej sytuacji w pracy i obaw związanych z wyzwaniami, jakie są na horyzoncie. Jutro Poranne strony mogą być opisem romantycznego wieczoru z ukochanym. Czasem znajdzie się na nich opis przeżyć, opowiadanie, pomysł na organizację przyjęcia lub zapis zmartwień związanych z sytuacją finansową.

Idea jest bardzo prosta:

Każdego dnia rano zapisujesz trzy strony A4. Notujesz to, co dzieje się w Twoim umyśle – piszesz o planach, trudnościach, sprawach poważnych i błahych. Podsumowujesz przemyślenia, robisz listę rzeczy do wykonania, a nawet powody, dla których chcesz coś dla siebie zrobić. Piszesz, piszesz, piszesz, aż zapiszesz trzy strony.

Dlaczego zapisuję Poranne strony?

Poranne strony są dla mnie ukojeniem od dawna. Przez pewien czas wykorzystywałam je przede wszystkim w tych trudnych momentach. Zapisanie strumienia myśli związanych z kłopotami czy kryzysem egzystencjalnym zawsze sprawia, że moje problemy stają się bardziej konkretne, zrozumiałe, ułożone w sensowną całość, z którą łatwiej można sobie poradzić. Zawsze po stworzeniu takich notatek miałam pomysł na to, co zrobić i motywację do działania.

Od roku jednak tworzę Poranne strony zgodnie z instrukcją Julii Cameron. Zapisuję je codziennie, staram się zawsze robić to rano, ale jeśli nie jest to możliwe, zapisuję je wieczorem. Dlaczego?

  • jestem w stanie monitorować mój nastrój – po analizie stron zauważyłam, jakie wydarzenia poprzedzają mój spadek nastroju i te chwile wypełnione wątpliwościami. Dzięki tym obserwacjom wprowadziłam (wreszcie!) rutynę związaną z odpoczynkiem, której nie odpuszczam. W rezultacie widzę, że mam mniej takich kryzysów.
  • jestem bardziej proaktywna w sytuacjach wymagających – zauważyłam, że Poranne strony związane z wyzwaniami, projektami w pracy czy z trudnościami osobistymi, są też wypełnione planami działań. Jeśli sobie pomarudzę, włączam sobie tryb “No i co z tym zrobimy teraz?”.
  • rzeczywiście jestem bardziej kreatywna – założeniem Porannych stron jest wzmacnianie kreatywności. Julia Cameron mówi o zmuszaniu się do pisania, czyli do zapełnienia trzech stron zapiskami, nawet wtedy, gdy nie mamy nic do zanotowania. Według niej nie ma czegoś takiego jak natchnienie – trzeba tworzyć bez wymówek. Ten pomysł podoba mi się bardzo i łączy się z tym, jak ja podchodzę do mojego tworzenia tekstów lub książek. Nie czekam na natchnienie, piszę, w nadziei, że wena dołączy do mojego procesu twórczego.

Moje Poranne strony – jak to wygląda w praktyce?

  • nie piszę na papierze – Julia Cameron poleca pisanie ręczne, ale dla mnie nie jest to najlepsze rozwiązanie. Zamiast tego wykorzystuję aplikację na laptopie Day One, w której ustawiłam sobie powiadomienie o stworzeniu notatki codziennie o 9:30. Wiem, że pisanie w notesie byłoby przyjemniejsze, ale w tym momencie mojego życia potrzebuję być jak najbardziej mobilna.
  • zaczynam notowanie od najpilniejszych spraw – czasem są takie dni, kiedy rzeczywiście coś mnie nurtuje i wraca do mnie jak bumerang. Zawsze zaczynam zapisywać moje przemyślenia właśnie od tego. Nauczyłam się notować nawet te rzeczy, od których chciałabym uciec, bo są niewygodne. To, co staramy się za wszelką ukryć, jest często tym, co nas blokuje i frustruje. Nazwanie tego, opisanie, marudzenie na ten temat uwalnia emocje.
  • pozwalam sobie na skakanie z kwiatka na kwiatek – niektóre moje zapiski są ciekawe, inne są poplątane i wielowątkowe. Ale o to właśnie w tym chodzi. Podczas pisania Porannych stron jestem spokojna przede wszystkim dlatego, bo nikt ich nigdy nie przeczyta. To nie są teksty na bloga. To nie jest książka, którą wydam. Dlatego właśnie piszę tak, aby uchwycić moją gorączkę myśli i przelać je na ten wirtualny papier.
  • traktuję je jako małą terapię – każdy z nas ma w sobie takie kawałki, które są trudne do opisania drugiemu człowiekowi. Trzeba je poznać, poskładać, poeksplorować, aby móc opowiedzieć o nich komuś innemu. Tak właśnie traktuję poranne strony – jak rozmowę ze sobą, jak małą terapię, która pomoże mi uporządkować emocje, przekonania. Wiele razy zauważyłam, jak takie notatki wpływają na sposób, w jaki rozmawiam z mężem lub z kimś bliskim. Poznaję siebie i w rezultacie pozwalam innym się poznać.

A może wieczorne strony?

Wieczorne strony to mój kryzysowy sposób – opisałam je wcześniej. Jeśli Poranne strony mają nam pomóc w odblokowaniu swojej kreatywności, wieczorne mogą być tym, co koi, podsumowuje dzień, dodaje otuchy. Wieczorne strony czasem prowadzę w formie dziennika rozwojowego.

Co sądzicie o takim rozwojowym narzędziu? Znacie Poranne strony? A może skusicie się na eksperyment?


Poranne strony zostały opisane bardzo szeroko w cudownej książce Julii Cameron Droga Artysty. Można w niej znaleźć mnóstwo ćwiczeń, które pomagają w rozwoju kreatywności, ale tak naprawdę sprawiają, że lepiej poznajemy siebie i swoją życiową ścieżkę.