Przede mną ostatni rok pracy w ramach projektu Najlepsza do 30Aż strach pomyśleć, jak szybko minęły mi te dwa ostatnie lata! Bardzo dużo się wydarzyło, sama widzę, jak mocno zmieniłam się w ciągu tego roku, a jednocześnie mam wrażenie, że te wszystkie miesiące po prostu zniknęły jak za pstryknięciem palcami. Kiedy startowałam z projektem, miałam wiele wizji idealnych mojego życia i tego, co dalej. Wtedy jeszcze byliśmy na etapie podejmowania decyzji o wyjeździe na stałe do Stanów – pomysł na dom na wsi nawet nie kiełkował ani w mojej głowie ani w głowie Mirka. Mieliśmy w domu dwa maluszki poniżej 3 roku życia i nie wiedzieliśmy kiedy i czy w ogóle zdecydujemy się na kolejny wielki krok. Ja sama miałam wiele wymagań wobec samej siebie. Może nie nazwałabym ich ilustracją moich kompleksów (z nich właściwie byłam i na szczęście jestem już wyleczona), ale czułam, że jestem w stanie zadbać o różne części mnie lepiej niż do tej pory. Najlepsza wersja siebie – czyli bez porównywania się z innymi, bez zazdrości, bez spoglądania na to, że ktoś może mieć lepiej ode mnie. Najlepsza wersja siebie, czyli ja realizująca moje własne plany, a nie plany skopiowane od kogoś innego. Tak, te dwa minione lata to był też mój czas określania siebie.

I mam za sobą kolejne urodziny! 20 czerwca skończyłam 29 lat i tak naprawdę dopiero dzisiaj mam chwilę na to, aby podsumować ten miniony rok też z perspektywy projektu. Do całej akcji dołączyło ponad 1100 dziewczyn, motywujemy się i wspieramy – chyba to, co łączy nas to przede wszystkim chęć wykazania się, zrobienia dla siebie i świata czegoś więcej. Kilka z nich zrobiło już swoje podsumowania wysiłków – czas na mnie. Postanowiłam zastanowić się nad tym, jakie zmiany przyniósł mi mój miniony rok. Uprzedzam – to był dla mnie intensywny czas – wszystkie te moje dzieci, budowa domu, zmiany w życiu, plany, wyczerpanie ciążowe, tona pracy i zajęć dodatkowych. Mam jednak nadzieję, że mój przykład przekona Was do tego, że można spróbować dobrze wszystko zorganizować tak, aby cieszyć się upragnionymi zmianami 🙂

Kotor, Czarnogóra

Ciało

  • Aparat: jestem już na ostatniej prostej w całym wielkim procesie pracy nad uśmiechem Colgate. Za mną już dwa lata noszenia aparatu! Nie wiem tak naprawdę, kiedy to minęło. Szczerze mówiąc, żałuję bardzo, że zdecydowałam się na to wszystko tak późno – pierwsze efekty pojawiły się bardzo szybko. Oprócz ładniej ułożonych zębów zauważyłam też, że troszkę zmieniły mi się rysy twarzy, troszkę mi się wysmukliła, profil wygląda rzeczywiście inaczej. Magia. Prawdopodobnie do końca tego roku skończę już moją przygodę i będę miała już za sobą ten wielki cel!

 

  • Make-up: w ciągu minionego roku troszeczkę eksperymentowałam z makijażem i tym, jak to wszystko powinno być robione. Wielkim moim postępem jest to, że nie jestem w stanie już stać przed lustrem dłużej niż 5 minut – nauczyłam się błyskawicznie wykonywać makijaż podkreślający urodę. Oczywiście wymagało to ćwiczeń, obejrzałam kilka tutoriali, podczas jednego z nagrań podpytałam makijażystkę o jej wskazówki i byłam otwarta na sugestie. Jestem bardzo zadowolona, bo mam wrażenie, że mogę wyglądać naprawdę świetnie bez poświęcania czasu na to.

 

  • Cera: pewnie na to, jak wygląda makijaż ma wpływ to, że zmieniła się moja cera. Rzeczywiście od dłuższego czasu nie mam z nią takich problemów, jak pojawiały się wcześniej. Zmieniłam dietę, piję bardzo dużo wody, wypijam maksymalnie jedną kawę dziennie (czasem w ogóle!), piję zieloną herbatę, zajadam się owocami, unikam słodyczy – jeśli już to decyduję się na coś naprawdę pysznego i wyjątkowego. Badania tuż przed ciążą pokazały też, że moje hormony są już na normalnym poziomie (miałam kilka zaburzeń, które często są przyczyną problemów z cerą). Bardzo ważna rzeczą jest też to, że 3 razy lepiej niż kiedyś oczyszczam cerę rano i wieczorem, pilnuję rytuałów (maseczki, peelingi, woda termalna od czasu do czasu) i nie przesadzam z ilością produktów nakładanych na twarz w jednym momencie. Wypracowałam sobie dużo takich małych nawyków, które razem dają świetny efekt. Niestety piękna cera nie robi się sama 🙁

 

  • Dbanie o ciało: nie mogę powiedzieć, że w tym roku sport powrócił do mojego życia – to chyba dla mnie wciąż najtrudniejsze. Tęsknię za czasami, kiedy miałam świetną kondycję i świetnie wyglądające nogi czy brzuch. Choć planowałam w minionym roku zrobić cuda w tym temacie, wciąż wybierałam coś zupełnie innego – najczęściej pracę. Ćwiczyłam, o tak, ale raz na ruski rok, z doskoku, gdy mi się przypomniało i oczywiście od razu widziałam wielką różnicę :/ Mam za sobą kilkanaście treningów (przed ciążą) i tyle jeśli chodzi o sport. Jedyną pozytywną zmianą jest to, że znacznie zwiększyłam swoje dystanse spacerowe. Po pierwsze pomógł mi pies i konieczność wyprowadzania go każdego dnia. Po drugie zmotywowała mnie ciąża – wychodzę na spacer nawet jeśli nie chcę ruszyć się nawet na krok od kanapy. Nie robię jeszcze 10 000 kroków dziennie, ale powoli zbliżam się do tej liczby.

 

  • Ciuchy/styl: w tym roku doszłam do tego cudownego momentu, w którym nie ma szans, abym powiedziała magiczne: “Nie mam się w co ubrać”. I co ważne – mam mniej ciuchów niż kiedykolwiek wcześniej! Zaczęło się standardowo – od wyrzucania ubrań, które trzymałam jedynie z sentymentu lub w nadziei, że je kiedyś założę. Rozstawałam się z rzeczami bez litości, opróżniałam szafy i szafki. Została mi wtedy garstka ubrań, które chciałam zostawić na 100%, bez najmniejszych wątpliwości. Kolejne kroki to bardzo uważne zakupy – wiele razy inspirowałam się tym, co o ubraniach pisała Kameralna i o wiele częściej rezygnowałam z zakupów niż się na nie decydowałam. Teraz, mimo ciąży, wciąż utrzymuję ten trend, nadal wciąż mam się w co ubrać i będę miała też po porodzie 🙂

 

Umysł

  • przeczytałam mnóstwo książek – część z nich przedstawiam tutaj na blogu w serii “Aktualnie czytam…“, część wrzucam na mój profil na Lubimy Czytać, a część wciąż czeka na uporządkowanie w jakimś miejscu online (to moje małe zadanie na 9 miesiąc ciąży). Oczywiście standardowo zwykle stawiam na książki budujące wiedzę lub inspirujące do zmian, ale też bardzo regularnie czytam powieści, które mają przede wszystkim dać mi wytchnienie i pomóc mi się zrelaksować.

 

  • napisałam drugą książkę – i nie mogę się doczekać jej premiery! Marzy mi się to pisanie książek, może nawet takich, które są powieściami? Mam w planach jeszcze kilka i muszę Wam powiedzieć, że najtrudniejsze w tym wszystkim jest chyba po prostu zrobienie pierwszego kroku. Przy drugiej książce poczułam to najbardziej. Miałam takie dni, kiedy wiedziałam, że już powoli zbliżają mi się terminy, że trzeba działać, a jednak nie mogłam się zmobilizować, aby ruszyć z pisaniem. Kiedy jednak zasiadałam przed tym konkretnym plikiem, płynęłam z flow jak szalona 😉

 

  • wzięłam udział w kilku szkoleniach zawodowych i wracałam z nich z zeszytami pełnymi notatek i przemyśleń – uwielbiam pracować nad swoją wiedzą i w tym roku mocno pilnowałam tego, aby brać udział w szkoleniach, kursach, e-kursach i inicjatywach, które sprawiają, że jestem lepszym psychologiem i trenerem. Ostatnie szkolenie odbyło się w maju, wzięłam udział w cudownym weekendzie z Racjonalną Terapią Zachowań, który zorganizowała Agnieszka Hottowy. RTZ jest czymś, co uwielbiam od kilku lat, teraz mam już ukończony pierwszy stopień pracy z tą metodą.

 

Życie

  • zajęłam się bardziej na poważnie oszczędzaniem – i wciąż mam dużo do zrobienia w tej sprawie, ale widzę, że jest o niebo lepiej. Przede wszystkim założyłam dla dzieci osobne konta oszczędnościowe, na które co miesiąc przelewam określoną kwotę. Teoretycznie to ma być fundusz na jakieś większe dziecięce wydatki w przyszłości – może czegoś będziemy potrzebować, w coś będzie trzeba zainwestować. Chciałabym jednak trzymać się z daleka od tych pieniędzy aż do absolutnej konieczności. Oprócz odkładania na rzecz dzieci, założyłam swoje osobne konto na moje własne potrzeby – chciałabym na przykład wziąć udział w szkoleniu, które kosztuje kilka tysięcy złotych, mam też jedno kosztowne marzenie i przede wszystkim czeka mnie urządzenie mojego miejsca na ziemi, czyli domowego biura. Nie chcę na żadnej z tych rzeczy oszczędzać, ale też nie chcę obciążać domowego budżetu takim wydatkiem. Dlatego też na to konto odkładam co miesiąc jakąś kwotę oraz pieniądze, które zarabiam podczas domowych wyprzedaży. Poza tymi osobnymi miejscami na fundusze, mamy też konto kryzysowe, gdzie zbieramy pieniądze na czarną godzinę. Muszę Wam się przyznać do tego, że dało mi to mnóstwo poczucia bezpieczeństwa.

 

  • zaczęłam korzystać z tego, co mam w domu – i to jest naprawdę duża zmiana. Jestem trochę chomikiem. Lubię ładne rzeczy, zapachy, przedmioty i ciuchy. Uwielbiam mieć wokół coś, co cieszy moje oko. Jednocześnie niestety z wielu rzeczy, które miałam nie korzystałam. W minionych miesiącach zmieniłam to podejście i przede wszystkim zaczęłam wykorzystywać wszystko to, co mamy w domu. Na pierwszy rzut poszło oczywiście to, co mam w łazience. Postanowiłam, że wyczyszczę do zera kosmetyki jakie mam, zanim wybiorę się na jakiekolwiek zakupy. To było dla mnie wyzwanie, bo przecież lubię mieć kilka szamponów, odżywek, balsamów. Zawsze wydawałam na to mnóstwo pieniędzy. A teraz, powoli moje szafki zaczynają świecić pustkami. Kupuję kosmetyki tylko wtedy, gdy naprawdę nie mam z czego korzystać. I co ciekawe, zaczęłam bardziej cieszyć się tym, co mam, częściej robię sobie przeróżne zabiegi w domowym spa i mam wrażenie, że dbam o siebie bardziej niż kiedykolwiek. Paradoksalnie wcześniej wciąż sięgałam po te same produkty (np. szampony), kupowałam je, gdy mi się kończyły, a w szafce czekała w nieskończoność cała armia innych. Teraz stawiam na różnorodność i to jest bardzo ciekawe, jak świetnie reaguje moje ciało 🙂

 

  • bardzo uporządkowałam moją przestrzeń online – mam jeszcze kilkanaście rzeczy do zrobienia, ale i tak jest o niebo lepiej. W ramach tych zmian stworzyłam sobie na dysku google folder na zdjęcia – przestałam wierzyć w to, że dyski laptopów są wiecznie żywe. W tym folderze znajdują się foldery lat, a w nich foldery kolejnych miesięcy. Bardzo to ułatwia sprawę. Poza zdjęciami, przekopałam się przez stosy plików, które zajmowały mi mnóstwo miejsca, wyrzuciłam wszystko to, co już nie jest mi potrzebne, pozbyłam się tych wszystkich zbiorów inspiracji i pozostawiłam te, które nadal mi się podobają. To była niezła podróż w przeszłość – fajnie było spojrzeć na siebie sprzed 5 czy 10 lat 😉

 

  • zaczęłam hodować rośliny i one nadal żyją! szok! A tu się okazuje, że roślinki nie umierają wtedy, gdy się o nie po prostu regularnie dba 😉 Dla mnie ten temat zawsze był trochę obcy, bo nigdy nie lubiłam sadzenia, plewienia, przesadzania i podlewania kwiatów – może dlatego, że kiedyś to był jeden z moich domowych obowiązków. Nie znosiłam chociażby surfinii mojej mamy i nie mogłam pojąć PO CO jej dodatkowe zajęcie w postaci zajmowania się ogródkiem. Aż tu nagle mam 29 lat, własną rodzinę i czuję, że to jest to, czego nam w życiu brakuje. Zaczęłam od kilku poważnych katastrof, mnóstwo roślin niestety zakończyło swój żywot, a ja czułam się jak dziecko we mgle. Postanowiłam jednak w końcu się dokształcić, w naszym domu zaczęły pojawiać się książki i czasopisma o roślinach, zaczęłam śledzić kilka ulubionych blogów i inspirować się cudownymi hodowlami innych osób. I jest sukces. Roślinki żyją, nawet te, które odważyłam się przesadzić. Chcę więcej i nie mogę doczekać się tego, jak wypełnię nasz dom zielenią 🙂

 

 

 

Projekt Najlepsza do 30 stał się dla mnie bardzo mocną motywacją do tego, aby przestać szukać wymówek związanych z rozwojem. To, co chyba najlepiej określa ten miniony rok to słowo spokój stabilizacja. Wszystko właśnie idzie w tym kierunku. Mam wrażenie, że coraz mniej mam w życiu nieznośnego chaosu, który czasem bardzo mnie przerażał. Już wiem, gdzie będzie nasze miejsce na ziemi, wiem też, że będę mogła w końcu zrealizować te wielkie marzenia związane z własnym domem. Będzie trzecie dziecko, czyli nasza rodzina się dopełni. Ja sama jestem spokojniejsza, bardziej stoicka, mniej przejmuję się rzeczami, które kiedyś psuły mi nie tylko dzień, ale i całe tygodnie. Bardziej skupiam się na tym, żeby realizować to, co dla mnie jest najważniejsze, a mniej skupiać się na tym, jakie oczekiwania mają inni ludzie. I przyznaję się – ja sama zawsze pozwalałam ludziom mieć takie szalone oczekiwania – zawsze byłam na posterunku, pod telefonem, dostępna, zaangażowana. Troszkę ratowałam te inne światy, a swój zaniedbywałam. Cudnie się żyje troszeczkę inaczej, z mocniej zaznaczonymi granicami 🙂

 

Oto moje najważniejsze zmiany związane z projektem i tym, co starałam się wciskać między obowiązki i rzeczy do zrobienia. Czasem musiałam się nieźle nagimnastykować, mój Mirek musiał też być bardziej zaangażowany w niektóre rzeczy niż kiedykolwiek wcześniej, ale mam wrażenie, że każdy wysiłek był tego warty.

 

Bierzecie udział w projekcie? Jeśli tak, dajcie koniecznie znać, jak wyglądają Wasze zmiany 🙂 A jeśli nie – może zastanowicie się nad udziałem?